Showing posts with label Jerozolima. Show all posts
Showing posts with label Jerozolima. Show all posts

Friday, 7 August 2015

Obwiniając Ofiarę. Polemika z Dawidem Warszawskim


W 1988 roku Edward Said i Christopher Hitchens wydali książkę "Obwiniając ofiary". Pokazywali w niej mechanizmy przedstawiania wieloletniego konfliktu izraelsko-palestyńskiego w zachodnich mediach i literaturze naukowej, które doprowadziły do tego, że Palestyńczycy - naród przegrany, wygnany z większej części swojej historycznej ojczyzny i okupowany w jej reszcie - stał się dyskursywną ikoną "złego" i "sprawcy". Felieton Dawida Warszawskiego "Rezolucja nie w porę" (z cyklu "Prognoza pogody", "Gazeta Wyborcza" z 26 listopada) jest doskonałym przykładem takiego mechanizmu - obarczania Palestyńczyków odpowiedzialnością za nie swoją winę. 

Tekst został opublikowany w Gazecie Wyborczej 3.12.2014. 

Warszawski komentuje tymczasową decyzję Parlamentu Europejskiego o odroczeniu decyzji o uznaniu państwa Palestyna w granicach z 1967 roku, powtarzając za rządem Benjamina Netanjahu, że taka deklaracja wywierałaby niepotrzebną presję na Izrael i wzmacniałaby palestyńskich przeciwników kompromisu. Wprawdzie autor zauważa, że rozmowy pokojowe zostały zerwane z winy samego Izraela, woli jednak pominąć ten kluczowy wątek w dalszej części wywodu i forsować inną tezę. A wyjściowa teza Warszawskiego brzmi tak: międzynarodowe wsparcie dla powstania niezależnego państwa palestyńskiego wzmacnia przeciwników pokoju wśród Palestyńczyków. Nawiązując do ostatnich zamachów w Jerozolimie, w wyniku których zginęli izraelscy cywile, dodaje, że "jeśli mordercy uznają, iż świat stoi po ich stronie, to żadne rozmowy niczego już nie zmienią". 

Nie rozumiem, jak można martwić się, że polityka europejska mogłaby "zachęcać" terrorystów do działania, a jednocześnie ignorować w całej rozciągłości "zachęty", które na co dzień fundują Palestyńczykom władze izraelskie? 

Autor powołuje się na wzrost radykalnych nastrojów wśród części palestyńskiego społeczeństwa, nie wspominając nawet o ich przyczynach, które są kluczem do zrozumienia niedawnych aktów przemocy. Pomija politykę brutalnego "dokręcania śruby" wobec Palestyńczyków, z którą mamy do czynienia w ostatnich miesiącach na okupowanych terytoriach palestyńskich; inwazję w Gazie i wzmożoną politykę represji i stosowania kolektywnych kar na Zachodnim Brzegu i w Jerozolimie. 

Jerozolima - miasto dyskryminacji i rosnących represji 

Palestyńczycy z cierpliwością obserwują, jak Jerozolima Wschodnia jest kolonizowana przez osiedla izraelskie, a ich własna egzystencja stale podważana przez politykę przymusowych wysiedleń, burzenie domów lub przejmowanie ich przez żydowskich osadników - jak w przypadku Starego Miasta, Silwanu czy Sheikh Jarrah. Pomimo tych dyskryminacyjnych polityk Jerozolima, nawet w czasie II Intifady, była miejscem w miarę spokojnym. Palestyńczycy i Izraelczycy żyli tu od lat razem - może nie ze sobą, ale obok siebie. 

Od czasu czerwcowych wydarzeń związanych z zabiciem trzech izraelskich chłopców pod Hebronem i spaleniem żywcem palestyńskiego nastolatka w Jerozolimie Palestyńczycy stali się ofiarami nagminnych aktów przemocy i nienawiści rasowej ze strony izraelskich cywilów. Przez ulice przewinęły się demonstracje pod hasłami: "Śmierć Arabom"; niektóre sklepy informują: "Tu nie sprzedajemy Arabom"; często zdarzają się brutalne fizyczne i werbalne ataki. Arabskie dzielnice, w tym szkoły palestyńskie, zostały kilkakrotnie zalane śmierdzącą substancją przypominającą ścieki i utrzymującą trudny do zniesienia zapach przez wiele tygodni. Wielokrotnie przerwano dostawy wody do wschodnich części miasta. 

Tym działaniom towarzyszą wzmożone represje wobec palestyńskiej ludności ze strony armii izraelskiej. Od czasu czerwcowych morderstw w Jerozolimie aresztowano 1300 Palestyńczyków, w tym prawie 500 dzieci, ponad 1600 zostało rannych (dla porównania w całym 2013 roku - 312), a jedno dziecko zabite w drodze po chleb. Palestyńskie demonstracje były wielokrotnie brutalnie tłumione, często z użyciem nieproporcjonalnej siły. Niedawno izraelski rząd zatwierdził prawo stanowiące, że Palestyńczycy przyłapani podczas demonstracji na rzucaniu kamieniami mogą zostać pozbawieni wolności nawet na 20 lat*. 

Al Aqsa, czyli czerwona linia 

Kroplą goryczy, która popchnęła zamachowców do działania, było październikowe kilkakrotne zamknięcie dostępu do meczetu Al Aqsa dla muzułmanów, odczytane przez Palestyńczyków jako kolejna prowokacja strony izraelskiej. 

Al Aqsa, trzecie co do świętości miejsce w muzułmańskim świecie, jest traktowane jako jeden z ostatnich bastionów w mieście, gdzie Palestyńczycy mogą się czuć "u siebie". Kilka tygodni temu również ta możliwość została im odebrana przez grupę prawicowych żydowskich aktywistów, którzy demonstracyjnie wtargnęli na Wzgórze Świątynne, doprowadzając do zamknięcia go dla muzułmanów. 

Historia konfliktu palestyńsko-izraelskiego uczy, że Palestyńczycy dokonują desperackich aktów przemocy nie wtedy, kiedy wierzą, że wolność jest blisko, lecz wtedy, kiedy tracą wiarę w to, że kiedykolwiek będą wolni. Izraelski dziennikarz Gideon Levy, komentując pierwsze zamachy na izraelskich cywili, na łamach dziennika "Haaretz" (23 października) pisał, że biorąc pod uwagę represje wobec Palestyńczyków w Jerozolimie, którą nazywa "Pretorią Izraela" i "stolicą apartheidu", nikt nie powinien się dziwić skrajnym aktom przemocy i - niestety - spodziewać się ich więcej w najbliższej przyszłości. 

Nic nie usprawiedliwia śmierci ludności cywilnej - ale, żeby ta reguła nie stała się pustym sloganem, musi dotyczyć wszystkich ludzi w równym stopniu. Powinna więc działać zarówno wobec niewinnych Izraelczyków, którzy zginęli w wyniku zamachów, jak i niewinnych Palestyńczyków, którzy giną w wyniku bezkarnych działań osadników lub armii izraelskiej. 

Radykalizm w głównym nurcie polityki izraelskiej 

Warszawski pisze, że „ze świecą by szukać palestyńskiego odpowiednika prezydenta Rivlina, który potępił swoje społeczeństwo »chore na rasizm «”. 

Szkoda, że nie dodaje, iż rasizm został na dniach usankcjonowany przez gabinet Netanjahu jako oficjalna doktryna państwowa w tzw. ustawie o Żydowskim Państwie Narodowym. Mówi ona, że Izrael jest państwem wyłącznie Żydów i że nieżydowscy obywatele mogą tam jedynie mieszkać. Zarówno prezydent Rivlin, jak i były prezydent Peres oraz część posłów do parlamentu i członków rządu wskazują, że przyjęcie jej przez Kneset podważyłoby demokratyczne fundamenty Izraela i usankcjonowało pozycję 20-proc. mniejszości palestyńskiej jako - de iure - obywateli drugiej kategorii. 

Odroczona (zapewne będzie przyjęta w najbliższym czasie) uchwała Parlamentu Europejskiego o uznaniu palestyńskich aspiracji narodowych jest najbardziej delikatnym rodzajem wyrażenia narastającej frustracji państw europejskich wobec coraz bardziej radykalnej polityki izraelskiej. Gdybym miała krytykować UE, to nie za to, że debatuje o rezolucji w sprawie uznania Palestyny "za wcześnie", ale raczej, że czyni to "za późno". I robi "za mało", by przeciwstawić się izraelskiej ekspansji na terenach, które sama uznaje za miejsce przyszłego państwa palestyńskiego. 

Chciałabym, żeby Dawid Warszawski, przynajmniej w takim stopniu martwił się o ekstremistów izraelskich, jak martwi się o ekstremistów palestyńskich, pisząc o wzroście radykalnych nastrojów w społeczeństwie palestyńskim. Bo to ci pierwsi w dużym stopniu wyznaczają dziś politykę "głównego nurtu" w Izraelu. A to Izrael, jak dotąd, trzyma klucze zarówno do wojny, jak i do pokoju z Palestyńczykami. 

Thursday, 17 January 2013

Bab Al Shams. Historia zniknięcia.


Bab Al Shams było trochę jak nasze Szkalne Domy. W ubiegły piątek 250 Palestyńczyków zbudowało miasteczko namiotowe w pokojowym geście protestu przeciwko izraelskim planom budowy 4000 tysięcy domów na tym obszarze. Dla jasności, mówimy o obszarze należącym do Palestyny, po palestyńskiej stronie muru. Najpierw izraelska armia odgrodziła dostęp do miasteczka dziennikarzom, potem w środku nocy 500 żołnierzy wyrzuciło z namiotów jego mieszkańców aresztując kilku z nich. Dziś buldożery izraelskie zniszczyły pozostałe namioty. Armia dokonała eksmisji i zburzenia pomimo wyroku Sądu Najwyższego Izraela ‘zamrażającego’ plany wysiedlenia miasteczka. Tak wygląda ‘jedyna demokracja Bliskiego Wschodu’ w działaniu. 

Bab Al Shams było jak piękny sen. Pewnie dlatego nie mogło istnieć zbyt długo.

Miasteczko Bab Al Shams było jak sen, bo powstało w obszarze, na którym nie śni się Palestyńczykom budowanie domów. Nie dlatego, że ziemia nie należy do nich. Przeciwnie, miasteczko powstało, jak ustalił izraelski dziennik Haaretz, na ziemi należącej wyłącznie do Palestyńczyków, mieszkańców pobliskiego osiedla At Tur. Ale w Palestynie Palestyńczycy nie mogą budować na swojej ziemi.


Bab Al Shams było jak sen, bo choć na chwile odwracało zasady gry.

‘My synowie i córki Palestyny - pisali organizatorzy miasteczka - z każdego zakątka tej ziemi oznajmiamy powstanie Bab Al Shams. My ludzie bez pozwoleń od okupanta, bez pozwoleń od nikogo, siadamy tutaj dzisiaj, ponieważ to jest nasza ziemia i mamy prawo do zamieszkania na niej [...]
Przez dekady Izrael prowadził politykę faktów dokonanych na ziemi i społeczność międzynarodowa milczała w obliczu tych działań. Nadszedł czas na zmianę warunków gry i ustanowienie faktów dokonanych na ziemi - naszej ziemi’.
I rzeczywiście Bab Al Shams odwróciło zasady gry. A raczej przywracało normalne zasady, w których ludzie mają prawo budować na swojej ziemi w swoim kraju. Tymczasem od wielu lat każda choć najmniejsza struktura, która powstaje w obszarze C, czyli na 62% Zachodniego Brzegu pozostającego pod całkowitą kontrolą armii izralelskiej dostaje tzw. ‘demolition order’ - nakaz wyburzenia (zobacz krótki przewodnik po geografii okupacji). Tak było ze szkołą z opon i ziemi w beduińskiej wiosce Khan Al Ahmar, tak było z zagrodami dla zwierząt w Nabi Samwil i w setkach innych przypadków.

Saturday, 10 November 2012

Broken pieces of Abu Laban’s life. Mount of Olives off a tourist trail



Recent wave of demolitions makes us realize how physically temporary lives of Palestinians are. This temporariness seems be in the weird way ingrained in the Palestinian existence. Being born with ‘a Palestinian condition’ means that nothing can be taken for granted, nothing is for sure. Perhaps this is why Palestinian families we meet are so bloody resilient to the terrible forms of displacement they are experiencing. In some cruel way they are prone to dispossession that continues to happen. They are born with the amazing ability to sustain and re - emerge no matter how demolished and framgemnted their lives can become.

But looking at Abu Laban’s destroyed life it is difficult to imagine how he will be able to put together all these broken pieces of his livelihood. 



Tuesday, 6 November 2012

Week of cruelty and despair - Palestinian families of East Jerusalem loose their properties at the hands of the Israeli forces.



In less than a week four families lost their homes or livelihoods in demolitions and evictions and dozens of new demolitions have been ordered. Nobody here knows the answer to the reason for this intensity of this new wave of destruction. Some say that before the upcoming Israeli elections Netaniyahu wants to appease his electorate by proving than he can be even tougher on Palestinians than usually. Other say that Jerusalem municipality has released money for new demolitions before the end of the year. No matter what and why, these are not easy nights for Palestinian families in East Jerusalem and around.

The way demolition and evictions have been executed follow certain path of cruelty and disproportionality. While each of the families that lost their houses and properties deserve to tell their stories separately let me first introduce to some basic methods in which the enterprise of depriving people of their house has been carried away.




 How demolitions are carried away

  • Palestinian families are often not aware of the imminent threat of demolition or eviction. That is either because demolition orders have not been delivered properly or because demolition orders are delivered only in Hebrew in a country where Arabic is an official language. And many Palestinians do not read Hebrew. 
  • Demolitions are carried out at night or early in the morning to make sure that the affected will family be unable to resist and in the most vulnerable mode. They are carried out at night also because the only democracy in the Middle East cares about its own PR. It would be a very bad picture to see how the army destroys a house of an elderly lady or young family with seven kids. 
  • There is a complete lack of proportionality - demolitions look like huge military operations with dozens of police, border police and special forces involved as well as the use of heavy military cars and, of course, bulldozers. Often against light animal structures like in Nabi Samwil. 
  • The affected families are given little or no time to evacuate their properties. While the demolitions are completed people are left alone with the rumbles of their house and belongings. They are offered no compensation and no assistance of any kind by Israeli authorities. What they do receive however is a check for bulldozers’ work. 
  • Victim families need to rely on few aid agencies and NGOs like Red Cross or ACTED are able to offer them immediate relief assistance like shelter, water or food, but certainly unable to provide long term help. Even the aid is not immediate. Families need to wait for UN OCHA assessment and after this has been issued other agencies could work. Sometimes it can be days before help reach the victims.

Read stories about four families that lost their properties this week and see the photographs

Salim and Arabiya Story. Beit Arabyia Demolition in Anata - coming soon. 
Fatma Al Huwa Story. A house taken over by settlers in Al Tur - coming soon. 



Friday, 12 October 2012

It’s Shabbat habibti, wszyscy jedziemy tym samym sherutem a ja tłumaczę Izraelczykom dlaczego ‘lubię tych strasznych Arabów’.

Begamon at Yosi's house. Favorite game
of Palestinians and Israelis.

W poniedziałek po południu wyruszam do Hadery na wieczorne przyjęcie Sukkot u Yosiego w Haderze (nadmorska miejscowość na północ od Tel Avivu, a Sukkot to żydowskie święto). Po drodze kupuję kwiaty dla Rachel, partnerki Yossiego. Odczuwam pewnego rodzaju przyjemność w kupowaniu kwiatów u arabskiego sprzedawcy na Salahadin we Wschodniej Jerozolimie dla kogoś kto ‘jest po drugiej stronie’. Właściwie to powinno być to normalne, ale w tym kraju (w tych krajach) przekraczanie granic kulturowych jest równie proste jak równie trudne.  Tak czy inaczej  wybieram różowe storczykowe kwiaty połączone z granatowym suszonym czymś w rodzaju lawendy (kwiaty będą ważne w dalszej części mojej opowieści).

Pan sprzedawca jest nieco zaskoczony tą kompozycją a już w szczegóności tym, że nie chcę żadnej ozdoby ani błyszczącego papieru. Jak ja to dowiozę w typ upale? - pomyśłałam. Hadera z perspektywy Jerozolimy brzmi jak inna galaktyka, choć to tylko sto kilometrów.  Czekają mnie przynajmniej trzy różne przesiadki. A do tego, Sukkot to żydowskie święto, więc kolejny raz w tym miesiącu nie działa transport publiczny. W teorii. A raczej jeżdżą tylko arabskie sheruty. I taksówki. Za specjalną cenę. Żydowskie święta oznaczają, że z palestyńscy taksówkarze z rozbrająjącą szczerością za każdym razem mówią : it’s Shabbat habibti! 45 Shekels. Mimo, że normalnie jest 30.  Choć czasem Żydzi przydają się do czegoś Palestyńczykom.

Tuesday, 9 October 2012

Good morning Qalandia


It’s 3:50AM when my alarm clock goes off and I feel terrible. Some 20 minutes later Luc and I set off for Qalandia to the sounds of the first muezzin call for prayer this day. As we reach the checkpoint we already see 3 rows of around 20 men praying at the exit of the terminal. They never pray before the entrance, they want to leave the praying after they had left behind hassle of passing through the checkpoint.

I go to the Ramallah side of the terminal. Luc will stay on Qualandia side to count people who crossed. This early in the morning this whole experience makes me sick. The terminal is empty, cold and quite scary. Its still minutes before the sunrise, so the air is still humid and smells of urine coming from the corners of the terminal. 


On the other side, I slowly adjust to the checkpoint reality. There will be more and more people coming in with every minute. I have my little morning routines at Qalandia. I greet the bejgala and zatar seller and do the first round to check how many ID boots are open. At this point of day I have a ritual conversation with one of the sherut drivers. Married? - Yes. Children? - No. Why no children? Than I lift my hands to heaven - Insallah - I say. Where are you from? Bulanda! Bulanda expensive? (always!) Hmm, I don’t know, it depends. How much chicken? - he never gives up. The whole chicken? - Yes. I don’t know about the whole chicken. One kilo of chicken is around 25 shekels.  Cheaper than Palestine - he always exclaims at that point!


Saturday, 29 September 2012

Bedouin party at Khan Al Ahmar - zdjęcia/photos


We are invited to Khan - Al Ahmar Bedouins to take part in a theater performance for kids and adults. As early as 2 hours before the show, just after the sunset, kids start bringing their little school chairs to the top of the hill waiting impatiently for the start of the show. They cannot standstill. It’s not that often that the real artists from the real theater (Jenin Theater) come and visit and perform a show based on their individual, Khan al Ahmar's stories. Stories of suffering, resistance and resilience.


Klan Al Ahmar community is one of the Bedouin communities that we visit regularly. They live in the small camp in the dessert, made of tents and wooden terraces, as close as 20 minutes drive from East Jerusalem. Jahalin Bedouins have been living in this area ever since the early fifties after they had been exiled by Israel from their original homeland in the Negev dessert. Once, Khan al Ahmar used to be a quiet camp surrounded by hills and valleys of Judean dessert. Today the camp is shrinking due to expansion of illegal Israeli settlement of Ma’ale Adumin. They are now stuck between 6 lanes motorway, sewage dump and ever increasing settlement. Even their livestock’s movement is constraint and the animals are not allowed to walk outside the camp to the nearby hills. Apparently, they pose a security threat to Israel.

Thursday, 27 September 2012

Shu’fat. Ahlan wa sahlan w jerozolimskim gettcie



Im Khatib, seniorka rodziny Khatib,
w Shu'fat od ponad 40 lat CC-BY
W każdą środę jedziemy autobusem numer 7 do Shu’fat, obozu dla uchodźców położonego o 15 minut drogi od centrum Jerozolimy. Niełatwo ten autobus odnaleźć, bo nikt nie chce nam uwierzyć, że jedziemy właśnie do obozu w Shu’fat, a nie pobliskiego osiedla dla osadników, do którego jeździ zupełnie nowy i elegancki tramwaj. 

Obóz w Shu’fat kilka lat temu został kompletnie otoczony murem, z którego można się wydostać tylko jednym wyjściem. Wyjście to swobodnie można zamknąc ‘ze względów bezpieczeństwa’ i wtedy Shu’fat staje się jedną wielką klatką. Shu’fat jest otoczony nie dlatego, że leży na jakieś granicy, ale po to żeby odciąć i odizolować to skupisko palestyńskiej ludności od reszty aglomeracji jerozolimskiej. Do Shu’fat wchodzi się przez wielkie metalowe wahadłowe drzwi, jak do więzienia, w którym żyją mężczyźni, kobiety, a przede wszystkim cała masa dzieci. Powstanie muru dookoła obozu jest obecnie największym zmartwieniem dla jego mieszkańców. Większość z nich ma jerozolimskie dokumenty - w końcu od pokoleń tutaj mieszkali, niektórzy nawet w Starym Mieście. Te dokumenty to jedyny powód czyniący życie w Shu’fat znośnym - pozwalają one na legalną pracę w Jerozolimie i możliwość wydostania się z obozu. Od miesięcy jednak mieszkańcy Shu’fat spodziewają się najgorszego. Skoro odcięli nas murem, to pewnie niedługo odbiorą nam też możliwość legalnej pracy i przedostawania się na zewnątrz muru - tę obawę słyszymy w Shu'fat ze wszystkich stron.

Monday, 24 September 2012

I showed my ankle to a grocery seller and I feel exposed

After having spent 3 weeks in Palestine wearing our programme’s vest, long sleeves and and loose trousers I feel completely exposed just by showing lower parts of my legs. I must have reconnected with my feminine me I had left behind. I suddenly feel really uneasy about this reclaimed ‘femininity’ that I show in public. Exposed. Provocative. Naked. 
 
Last week in the midst of the Kate Middleton’s breast crisis I went to an indoor's swimming pool. It was a women only swim hour. To my surprise I found myself surrounded by five ninjas and I was the only one wearing bikini. After a while it became clear that the black dressed nijas are female bodies wearing nothing else but a swim version of hijab - a long black sleeved swimsuit with a very loose maxini on top (an opposition of bikini - I am lacking good vocab here!). Ninja ladies smiled at me and I smiled back proudly thinking how much I actually embrace this cultural diversity and how much the Dutchess of Cambridge royal exposure feels really gross from the perspective of this East Jerusalem YMCA swimming pool. Well, I should have learned from that event. 

Sunday, 23 September 2012

Antyislamski film to woda na młyn wzajemnych stereotypów - głosy ze Wschodniej Jerozolimy

Protesty rozlewające się po krajach muzułmańskich będące reakcją na film parodiujący (czy też obrażający - jak kto woli) Mahometa znakomicie wpisują się w błędne koło relacji Zachodu i Bliskiego Wschodu. Każdej stronie dają świeże dowody w utwierdzeniu się w stereotypowych przekonaniach - że Zachód nienawidzi Muzułmanów, a świat Islamu jest z gruntu fundamentalistyczny. W tym wszystkim na dalszy plan schodzą zarówno niuanse kluczowe dla zrozumienia tej sytuacji oraz sprawy naprawdę ważne dla społeczeństw Bliskiego Wschodu - jak choćby kwestia postępującej okupacji izraelskiej na Zachodnim Brzegu Jordanu, którą od kilku tygodni obserwuję.

Saturday, 15 September 2012

Boycott us all!

Jusuf Daher, a christian Palestinian of
 Kairos Palestine. Views expressed
 in this post are his personal and might not reflect
 views of his organization. 

Voices from the 'End the occupation' movement (2)


"Stop giving us money. The aid system that the Western powers provide to the PA (Palestinian Autonomy) actually normalizes the occupation” says Jusuf Daher, a Christian Palestinian and one of the leading figures of Kairos Jerusalem, the network that facilitates co - operation between different Palestinian and international churches in their struggles to halt Palestinian misery in the Israel/Palestine. ‘The situation right now is terrible. It has never been that bad. But yes, I believe we can live peacefully here together with Jews and with Muslims, like we did for thousands of years’ - ads Daher.

Western aid to PA prolongs the occupation
According to Daher’s view, the foreign aid that PA gets allows to create a completely artificial economy in the West Bank which indeed offers jobs and helps to cover for the basic needs of the population, but at the same time creates the false impression of stability. ‘You cannot run a healthy economy when Israel controls all imports and exports’ - he explains. What is more, Israel,  as the occupying power is mandated by law (IHL International Humanitarian Law) to care for the population under occupation. ‘This means that actually when you pay money to the PA you pay Israeli bills’.

Certainly, there is a humanitarian aspect to it that goes beneath political one. What the aid agencies try to do is to mitigate the results of the occupation and to make life in a West Bank a bit more bearable for the people. Without it, there would be even less hospitals, even less schools and even less jobs. ‘The thing is that at the moment people are more interested in their economic needs than political resistance' - explains Daher. In his view  the PA backed by the Western money actually diverts people from opposing the occupation to focusing on the consumption needs.

Monday, 10 September 2012

Watch out for the Israeli grandma at the checkpoint

Brave ladies from Machsom Watch.
 Hanna Brag (left) and Natanya Ginsburg (right),
 photo courtesy of 
Lea Pakkanen
Voices from the ‘End the occupation’ movement (1)

‘After all we are not doing it  for Palestinians, but to save our soldiers from themselves. They could be our grandchildren!’ - say Hanna and Natanya from Machsom Watch, the group of Israeli women that has emerged in the midst of the second intifada to monitor human violations against Palestinians at the checkpoints. ‘I’ve been doing it because I want to be able to wake up in the night and be able to look at myself at the mirror - reflects Natanya Ginsburg.

For the last 12 years women from Machsom Watch have been out in the field every morning making sure that soldiers do not violate human rights and to help Palestinians to cross the checkpoints in a more human way. For all these years they have been attacked by Israeli mainstream media as ‘self - hating’ group of radicals that ‘had gone out of their mind in the hatred towards the state of Israel’  - recalls Hanna Brag. Looking at these tiny, wrinkled women it’s almost impossible to believe that they have been portrayed as the threat to Israeli security.

Saturday, 8 September 2012

Oczy szeroko zamknięte, czyli czego turysta nie zobaczy w Jerozolimie

Do Jerozolimy można przyjechać, całkiem dokładnie ją ‘zwiedzić’ a jednocześnie nie mieć pojęcia co tu się dzieje. I wcale nie dlatego, że przyjezdni są ignorantami, ale dlatego, że władze Izraela robią bardzo dużo, żeby utrzymać przyjezdnych w błogiej nieświadomości tłumiąc wszelkie dociekliwe pytania mantrą dbania o ‘bezpieczeństwo’. 

Tymczasem pod stopami pielgrzymów - dosłownie i w przenośni - toczy się gra o jedną z najważniejszych stawek tego konfliktu - o to, to w jaki sposób opowiadana jest historia tego miejsca i kto ją opowiada. A stawka jest tym wyższa, bo Izrael rocznie odwiedzany jest przez 3,5 miliona turystów. Poniżej lista takich pozornie małych spraw, których pielgrzym skupiony na odnajdywaniu kolejnych stacji drogi krzyżowej może całkiem zwyczajnie ‘nie zauważyć’.