Showing posts with label po polsku. Show all posts
Showing posts with label po polsku. Show all posts

Friday, 7 August 2015

Obwiniając Ofiarę. Polemika z Dawidem Warszawskim


W 1988 roku Edward Said i Christopher Hitchens wydali książkę "Obwiniając ofiary". Pokazywali w niej mechanizmy przedstawiania wieloletniego konfliktu izraelsko-palestyńskiego w zachodnich mediach i literaturze naukowej, które doprowadziły do tego, że Palestyńczycy - naród przegrany, wygnany z większej części swojej historycznej ojczyzny i okupowany w jej reszcie - stał się dyskursywną ikoną "złego" i "sprawcy". Felieton Dawida Warszawskiego "Rezolucja nie w porę" (z cyklu "Prognoza pogody", "Gazeta Wyborcza" z 26 listopada) jest doskonałym przykładem takiego mechanizmu - obarczania Palestyńczyków odpowiedzialnością za nie swoją winę. 

Tekst został opublikowany w Gazecie Wyborczej 3.12.2014. 

Warszawski komentuje tymczasową decyzję Parlamentu Europejskiego o odroczeniu decyzji o uznaniu państwa Palestyna w granicach z 1967 roku, powtarzając za rządem Benjamina Netanjahu, że taka deklaracja wywierałaby niepotrzebną presję na Izrael i wzmacniałaby palestyńskich przeciwników kompromisu. Wprawdzie autor zauważa, że rozmowy pokojowe zostały zerwane z winy samego Izraela, woli jednak pominąć ten kluczowy wątek w dalszej części wywodu i forsować inną tezę. A wyjściowa teza Warszawskiego brzmi tak: międzynarodowe wsparcie dla powstania niezależnego państwa palestyńskiego wzmacnia przeciwników pokoju wśród Palestyńczyków. Nawiązując do ostatnich zamachów w Jerozolimie, w wyniku których zginęli izraelscy cywile, dodaje, że "jeśli mordercy uznają, iż świat stoi po ich stronie, to żadne rozmowy niczego już nie zmienią". 

Nie rozumiem, jak można martwić się, że polityka europejska mogłaby "zachęcać" terrorystów do działania, a jednocześnie ignorować w całej rozciągłości "zachęty", które na co dzień fundują Palestyńczykom władze izraelskie? 

Autor powołuje się na wzrost radykalnych nastrojów wśród części palestyńskiego społeczeństwa, nie wspominając nawet o ich przyczynach, które są kluczem do zrozumienia niedawnych aktów przemocy. Pomija politykę brutalnego "dokręcania śruby" wobec Palestyńczyków, z którą mamy do czynienia w ostatnich miesiącach na okupowanych terytoriach palestyńskich; inwazję w Gazie i wzmożoną politykę represji i stosowania kolektywnych kar na Zachodnim Brzegu i w Jerozolimie. 

Jerozolima - miasto dyskryminacji i rosnących represji 

Palestyńczycy z cierpliwością obserwują, jak Jerozolima Wschodnia jest kolonizowana przez osiedla izraelskie, a ich własna egzystencja stale podważana przez politykę przymusowych wysiedleń, burzenie domów lub przejmowanie ich przez żydowskich osadników - jak w przypadku Starego Miasta, Silwanu czy Sheikh Jarrah. Pomimo tych dyskryminacyjnych polityk Jerozolima, nawet w czasie II Intifady, była miejscem w miarę spokojnym. Palestyńczycy i Izraelczycy żyli tu od lat razem - może nie ze sobą, ale obok siebie. 

Od czasu czerwcowych wydarzeń związanych z zabiciem trzech izraelskich chłopców pod Hebronem i spaleniem żywcem palestyńskiego nastolatka w Jerozolimie Palestyńczycy stali się ofiarami nagminnych aktów przemocy i nienawiści rasowej ze strony izraelskich cywilów. Przez ulice przewinęły się demonstracje pod hasłami: "Śmierć Arabom"; niektóre sklepy informują: "Tu nie sprzedajemy Arabom"; często zdarzają się brutalne fizyczne i werbalne ataki. Arabskie dzielnice, w tym szkoły palestyńskie, zostały kilkakrotnie zalane śmierdzącą substancją przypominającą ścieki i utrzymującą trudny do zniesienia zapach przez wiele tygodni. Wielokrotnie przerwano dostawy wody do wschodnich części miasta. 

Tym działaniom towarzyszą wzmożone represje wobec palestyńskiej ludności ze strony armii izraelskiej. Od czasu czerwcowych morderstw w Jerozolimie aresztowano 1300 Palestyńczyków, w tym prawie 500 dzieci, ponad 1600 zostało rannych (dla porównania w całym 2013 roku - 312), a jedno dziecko zabite w drodze po chleb. Palestyńskie demonstracje były wielokrotnie brutalnie tłumione, często z użyciem nieproporcjonalnej siły. Niedawno izraelski rząd zatwierdził prawo stanowiące, że Palestyńczycy przyłapani podczas demonstracji na rzucaniu kamieniami mogą zostać pozbawieni wolności nawet na 20 lat*. 

Al Aqsa, czyli czerwona linia 

Kroplą goryczy, która popchnęła zamachowców do działania, było październikowe kilkakrotne zamknięcie dostępu do meczetu Al Aqsa dla muzułmanów, odczytane przez Palestyńczyków jako kolejna prowokacja strony izraelskiej. 

Al Aqsa, trzecie co do świętości miejsce w muzułmańskim świecie, jest traktowane jako jeden z ostatnich bastionów w mieście, gdzie Palestyńczycy mogą się czuć "u siebie". Kilka tygodni temu również ta możliwość została im odebrana przez grupę prawicowych żydowskich aktywistów, którzy demonstracyjnie wtargnęli na Wzgórze Świątynne, doprowadzając do zamknięcia go dla muzułmanów. 

Historia konfliktu palestyńsko-izraelskiego uczy, że Palestyńczycy dokonują desperackich aktów przemocy nie wtedy, kiedy wierzą, że wolność jest blisko, lecz wtedy, kiedy tracą wiarę w to, że kiedykolwiek będą wolni. Izraelski dziennikarz Gideon Levy, komentując pierwsze zamachy na izraelskich cywili, na łamach dziennika "Haaretz" (23 października) pisał, że biorąc pod uwagę represje wobec Palestyńczyków w Jerozolimie, którą nazywa "Pretorią Izraela" i "stolicą apartheidu", nikt nie powinien się dziwić skrajnym aktom przemocy i - niestety - spodziewać się ich więcej w najbliższej przyszłości. 

Nic nie usprawiedliwia śmierci ludności cywilnej - ale, żeby ta reguła nie stała się pustym sloganem, musi dotyczyć wszystkich ludzi w równym stopniu. Powinna więc działać zarówno wobec niewinnych Izraelczyków, którzy zginęli w wyniku zamachów, jak i niewinnych Palestyńczyków, którzy giną w wyniku bezkarnych działań osadników lub armii izraelskiej. 

Radykalizm w głównym nurcie polityki izraelskiej 

Warszawski pisze, że „ze świecą by szukać palestyńskiego odpowiednika prezydenta Rivlina, który potępił swoje społeczeństwo »chore na rasizm «”. 

Szkoda, że nie dodaje, iż rasizm został na dniach usankcjonowany przez gabinet Netanjahu jako oficjalna doktryna państwowa w tzw. ustawie o Żydowskim Państwie Narodowym. Mówi ona, że Izrael jest państwem wyłącznie Żydów i że nieżydowscy obywatele mogą tam jedynie mieszkać. Zarówno prezydent Rivlin, jak i były prezydent Peres oraz część posłów do parlamentu i członków rządu wskazują, że przyjęcie jej przez Kneset podważyłoby demokratyczne fundamenty Izraela i usankcjonowało pozycję 20-proc. mniejszości palestyńskiej jako - de iure - obywateli drugiej kategorii. 

Odroczona (zapewne będzie przyjęta w najbliższym czasie) uchwała Parlamentu Europejskiego o uznaniu palestyńskich aspiracji narodowych jest najbardziej delikatnym rodzajem wyrażenia narastającej frustracji państw europejskich wobec coraz bardziej radykalnej polityki izraelskiej. Gdybym miała krytykować UE, to nie za to, że debatuje o rezolucji w sprawie uznania Palestyny "za wcześnie", ale raczej, że czyni to "za późno". I robi "za mało", by przeciwstawić się izraelskiej ekspansji na terenach, które sama uznaje za miejsce przyszłego państwa palestyńskiego. 

Chciałabym, żeby Dawid Warszawski, przynajmniej w takim stopniu martwił się o ekstremistów izraelskich, jak martwi się o ekstremistów palestyńskich, pisząc o wzroście radykalnych nastrojów w społeczeństwie palestyńskim. Bo to ci pierwsi w dużym stopniu wyznaczają dziś politykę "głównego nurtu" w Izraelu. A to Izrael, jak dotąd, trzyma klucze zarówno do wojny, jak i do pokoju z Palestyńczykami. 

Thursday, 21 February 2013

Trzydzieści dwa to nowe dwadzieścia dwa?

Postanowiłam uciec na chwilę od moich ulubionych izraelsko - palestyńskich tematów (nie rozpaczajcie, wrócę!) i oddać się dziś rozważaniom na temat nieznośnej lekkości/ciężkości (niepotrzebne skreślić) życia, czyli zastanowić się nad tym jak to jest dobiegać trzydziestej drugiej wiosny życia i nadal nie czuć się szczególnie dorosłą.

Monday, 21 January 2013

Dzisiaj wybory w Izraelu. Trzy powody, dla których warto je śledzić.

Księżyc nad checkpointem w Qalandii. Okupacja - temat nieobecny w kampanii wyborczej. Photo by Keryn Banks
Dziś odbywają się kolejne Knessetu, izraelskiego parlamentu, w których prawie na pewno zwycięży prawicowa koalicja pod przywództwem obecnie urzędującego premiera Izraela Benjamina Netanyahu - Likud - Nasz Dom Izrael. Jeśli tak się stanie, “Bibi” Netanyahu zostanie najdłużej urzędującym premierem Izraela po Ben Gurionie. Przypuszczalnie Likud - Nasz Dom wstąpi w koalicję powyborczą grupą Żydowski Dom, jeszcze bardziej prawicową grupą  niedawnego szefa kampanii Netanyahu. Ale to nie Netanyahu powinien przykuwać uwagę w tych wyborach, ale obecność i nieobecność pewnych tematów.


Thursday, 17 January 2013

Bab Al Shams. Historia zniknięcia.


Bab Al Shams było trochę jak nasze Szkalne Domy. W ubiegły piątek 250 Palestyńczyków zbudowało miasteczko namiotowe w pokojowym geście protestu przeciwko izraelskim planom budowy 4000 tysięcy domów na tym obszarze. Dla jasności, mówimy o obszarze należącym do Palestyny, po palestyńskiej stronie muru. Najpierw izraelska armia odgrodziła dostęp do miasteczka dziennikarzom, potem w środku nocy 500 żołnierzy wyrzuciło z namiotów jego mieszkańców aresztując kilku z nich. Dziś buldożery izraelskie zniszczyły pozostałe namioty. Armia dokonała eksmisji i zburzenia pomimo wyroku Sądu Najwyższego Izraela ‘zamrażającego’ plany wysiedlenia miasteczka. Tak wygląda ‘jedyna demokracja Bliskiego Wschodu’ w działaniu. 

Bab Al Shams było jak piękny sen. Pewnie dlatego nie mogło istnieć zbyt długo.

Miasteczko Bab Al Shams było jak sen, bo powstało w obszarze, na którym nie śni się Palestyńczykom budowanie domów. Nie dlatego, że ziemia nie należy do nich. Przeciwnie, miasteczko powstało, jak ustalił izraelski dziennik Haaretz, na ziemi należącej wyłącznie do Palestyńczyków, mieszkańców pobliskiego osiedla At Tur. Ale w Palestynie Palestyńczycy nie mogą budować na swojej ziemi.


Bab Al Shams było jak sen, bo choć na chwile odwracało zasady gry.

‘My synowie i córki Palestyny - pisali organizatorzy miasteczka - z każdego zakątka tej ziemi oznajmiamy powstanie Bab Al Shams. My ludzie bez pozwoleń od okupanta, bez pozwoleń od nikogo, siadamy tutaj dzisiaj, ponieważ to jest nasza ziemia i mamy prawo do zamieszkania na niej [...]
Przez dekady Izrael prowadził politykę faktów dokonanych na ziemi i społeczność międzynarodowa milczała w obliczu tych działań. Nadszedł czas na zmianę warunków gry i ustanowienie faktów dokonanych na ziemi - naszej ziemi’.
I rzeczywiście Bab Al Shams odwróciło zasady gry. A raczej przywracało normalne zasady, w których ludzie mają prawo budować na swojej ziemi w swoim kraju. Tymczasem od wielu lat każda choć najmniejsza struktura, która powstaje w obszarze C, czyli na 62% Zachodniego Brzegu pozostającego pod całkowitą kontrolą armii izralelskiej dostaje tzw. ‘demolition order’ - nakaz wyburzenia (zobacz krótki przewodnik po geografii okupacji). Tak było ze szkołą z opon i ziemi w beduińskiej wiosce Khan Al Ahmar, tak było z zagrodami dla zwierząt w Nabi Samwil i w setkach innych przypadków.

Tuesday, 23 October 2012

Dzień, w którym Izrael zniszczył mi dom i wystawił rachunek za zburzenie.

Jedziemy do Beit Haniny, podmiejskiej dzielnicy Jerozolimy, żeby zobaczyć dom Sufiana Tahy. A raczej to, co zostało z domu Tahów, który w poprzednią niedziele został zupełnie zburzony przez izraelskie buldożery. Parkujemy przed płotem, wchodzimy do środka ... i przed naszymi oczami staje wielka hałda gruzu i pociętego metalu.

Sufian, który pracuje jako tłumacz dla Washington Post i Guardiana, zapala papierosa i opowiada w szczegółach jak w niedzielę przyjechały wielkie buldożery i w godzinę, a może półtorej na oczach całej jego rodziny, wszystkich sąsiadów i dzieci zburzyły im dom oraz stajnie jego trzech koni. Czy zdążyli zabrać wszystko? Nie, nie zdążyli. W środku zostały niektóre meble. Jeśli straciłeś oko nie martwisz się o okulary - wyjaśnia Sufian. I co powiedzieć człowiekowi, którzy właśnie stracił wszystko? I to nie z powodu klęski żywiołowej lecz oficjalnego nakazu zniszczenia wystawionego przez izraelski sąd.



Do naszych nóg łasi się kudłaty kot. Zabraliśmy ją do rodziców - wyjaśnia Sufian- ale wróciła tutaj. Tutaj jest jej dom. I tak mieszka samotnie w tych ruinach. Widząc skalę zniszczeń i wykorzenienia dziwimy się, że i kot nie dostał nakazu opuszczenia ziemi.

For English check this link

Czytaj dalej/ przycisk read more

Friday, 12 October 2012

It’s Shabbat habibti, wszyscy jedziemy tym samym sherutem a ja tłumaczę Izraelczykom dlaczego ‘lubię tych strasznych Arabów’.

Begamon at Yosi's house. Favorite game
of Palestinians and Israelis.

W poniedziałek po południu wyruszam do Hadery na wieczorne przyjęcie Sukkot u Yosiego w Haderze (nadmorska miejscowość na północ od Tel Avivu, a Sukkot to żydowskie święto). Po drodze kupuję kwiaty dla Rachel, partnerki Yossiego. Odczuwam pewnego rodzaju przyjemność w kupowaniu kwiatów u arabskiego sprzedawcy na Salahadin we Wschodniej Jerozolimie dla kogoś kto ‘jest po drugiej stronie’. Właściwie to powinno być to normalne, ale w tym kraju (w tych krajach) przekraczanie granic kulturowych jest równie proste jak równie trudne.  Tak czy inaczej  wybieram różowe storczykowe kwiaty połączone z granatowym suszonym czymś w rodzaju lawendy (kwiaty będą ważne w dalszej części mojej opowieści).

Pan sprzedawca jest nieco zaskoczony tą kompozycją a już w szczegóności tym, że nie chcę żadnej ozdoby ani błyszczącego papieru. Jak ja to dowiozę w typ upale? - pomyśłałam. Hadera z perspektywy Jerozolimy brzmi jak inna galaktyka, choć to tylko sto kilometrów.  Czekają mnie przynajmniej trzy różne przesiadki. A do tego, Sukkot to żydowskie święto, więc kolejny raz w tym miesiącu nie działa transport publiczny. W teorii. A raczej jeżdżą tylko arabskie sheruty. I taksówki. Za specjalną cenę. Żydowskie święta oznaczają, że z palestyńscy taksówkarze z rozbrająjącą szczerością za każdym razem mówią : it’s Shabbat habibti! 45 Shekels. Mimo, że normalnie jest 30.  Choć czasem Żydzi przydają się do czegoś Palestyńczykom.

Thursday, 27 September 2012

Shu’fat. Ahlan wa sahlan w jerozolimskim gettcie



Im Khatib, seniorka rodziny Khatib,
w Shu'fat od ponad 40 lat CC-BY
W każdą środę jedziemy autobusem numer 7 do Shu’fat, obozu dla uchodźców położonego o 15 minut drogi od centrum Jerozolimy. Niełatwo ten autobus odnaleźć, bo nikt nie chce nam uwierzyć, że jedziemy właśnie do obozu w Shu’fat, a nie pobliskiego osiedla dla osadników, do którego jeździ zupełnie nowy i elegancki tramwaj. 

Obóz w Shu’fat kilka lat temu został kompletnie otoczony murem, z którego można się wydostać tylko jednym wyjściem. Wyjście to swobodnie można zamknąc ‘ze względów bezpieczeństwa’ i wtedy Shu’fat staje się jedną wielką klatką. Shu’fat jest otoczony nie dlatego, że leży na jakieś granicy, ale po to żeby odciąć i odizolować to skupisko palestyńskiej ludności od reszty aglomeracji jerozolimskiej. Do Shu’fat wchodzi się przez wielkie metalowe wahadłowe drzwi, jak do więzienia, w którym żyją mężczyźni, kobiety, a przede wszystkim cała masa dzieci. Powstanie muru dookoła obozu jest obecnie największym zmartwieniem dla jego mieszkańców. Większość z nich ma jerozolimskie dokumenty - w końcu od pokoleń tutaj mieszkali, niektórzy nawet w Starym Mieście. Te dokumenty to jedyny powód czyniący życie w Shu’fat znośnym - pozwalają one na legalną pracę w Jerozolimie i możliwość wydostania się z obozu. Od miesięcy jednak mieszkańcy Shu’fat spodziewają się najgorszego. Skoro odcięli nas murem, to pewnie niedługo odbiorą nam też możliwość legalnej pracy i przedostawania się na zewnątrz muru - tę obawę słyszymy w Shu'fat ze wszystkich stron.

Sunday, 23 September 2012

Antyislamski film to woda na młyn wzajemnych stereotypów - głosy ze Wschodniej Jerozolimy

Protesty rozlewające się po krajach muzułmańskich będące reakcją na film parodiujący (czy też obrażający - jak kto woli) Mahometa znakomicie wpisują się w błędne koło relacji Zachodu i Bliskiego Wschodu. Każdej stronie dają świeże dowody w utwierdzeniu się w stereotypowych przekonaniach - że Zachód nienawidzi Muzułmanów, a świat Islamu jest z gruntu fundamentalistyczny. W tym wszystkim na dalszy plan schodzą zarówno niuanse kluczowe dla zrozumienia tej sytuacji oraz sprawy naprawdę ważne dla społeczeństw Bliskiego Wschodu - jak choćby kwestia postępującej okupacji izraelskiej na Zachodnim Brzegu Jordanu, którą od kilku tygodni obserwuję.

Saturday, 8 September 2012

Oczy szeroko zamknięte, czyli czego turysta nie zobaczy w Jerozolimie

Do Jerozolimy można przyjechać, całkiem dokładnie ją ‘zwiedzić’ a jednocześnie nie mieć pojęcia co tu się dzieje. I wcale nie dlatego, że przyjezdni są ignorantami, ale dlatego, że władze Izraela robią bardzo dużo, żeby utrzymać przyjezdnych w błogiej nieświadomości tłumiąc wszelkie dociekliwe pytania mantrą dbania o ‘bezpieczeństwo’. 

Tymczasem pod stopami pielgrzymów - dosłownie i w przenośni - toczy się gra o jedną z najważniejszych stawek tego konfliktu - o to, to w jaki sposób opowiadana jest historia tego miejsca i kto ją opowiada. A stawka jest tym wyższa, bo Izrael rocznie odwiedzany jest przez 3,5 miliona turystów. Poniżej lista takich pozornie małych spraw, których pielgrzym skupiony na odnajdywaniu kolejnych stacji drogi krzyżowej może całkiem zwyczajnie ‘nie zauważyć’.

Sunday, 2 September 2012

dombook w drodze do jerozolimy

Jestem na pokładzie Boeinga 737 do Tel - Avivu. Pan pilot trąbi o wysokości przelotowej i temperaturze na zewnątrz. 17 tysięcy stóp i minus 39 na zewnątrz. Same potrzebne informacje. Po mojej prawej tęgie damy w wieku senioralnym, mówiące trochę po hebrajsku a trochę po rosyjsku. Po mojej lewej pielgrzymka z parafii w Kozienicach z plakietkami 'Śladami Jezusa Chrystusa'. I tak przez cały samolot - po jednej aszkenazi wracający z rodzinnych stron, po drugiej pielgrzymi na spotkanie z Chrystusem. Zapach grahamkowej kanapki. Orandż dżus od Hortexu. Lot Polish standard. A pośrodku ja. Choć przemyka mi przez głowę pewnego rodzaju przyłączenie się - ni kuta nie pasuję do żadnej z tych grup.

 I tu właśnie leży problem, z którym chwilowo się borykam. Chwilowo - bo muszę przebrnąć przez granicę.

 Bo tak naprawdę nie jadę do Izraela tylko jadę do Palestyny. Jadę na 3 miesięczny program obserwacyjny, podczas które będziemy (20 wolontariuszmy) raportować i wspierać codzienne zmagania Palestyńczyków na Zachodnim Brzegu i we wschodniej Jerozolimie z okupacją izraelską.  Swoją obecnością na checkpointach będziemy pomagać Palestyńczykom podążającym do szkoły, do pracy czy do lekarza - oczywiście, nie mamy mocy zmieniania tej sytuacji. Ale mamy moc widzenia jej,  patrzenia żołnierzom na ręce i pisania o tym. Będziemy organizować zajęcia dla dzieci w obozach dla uchodźców, będziemy pracować z rodzinami, które zostały pozbawione swoich domów, bo na ich terenach powstały osiedla osadników, wreszcie będziemy współpracować z izraelskimi i palestyńskimi aktywistami w ich działaniach mających na celu ograniczenie uciążliwości związanych z okupacją. Nie, nie będę robić nic złego - ale to coś podobno nie podoba się kontroli izraelskiej na lotnisku

Thursday, 19 April 2012

Czytając expose Mazowieckiego dwadzieścia lat później

Dwudziestego czwartego sierpnia 1989 roku Tadeusz Mazowiecki, pierwszy premier niekomunistycznej Polski, wygłosił expose wizjonerskie. Wracając dziś do tamtego tekstu - tak świeżego, tak przewidującego i tak politycznie nowoczesnego, trudno uwierzyć, że istniał wtedy jeszcze Układ Warszawski, że istniała Żelazna Kurtyna, wojska Związku Radzieckiego stacjonowały nad Wisłą a on sam całe swoje życie spędził w komunistycznej Polsce. Szkoda, że to, co pozostało w zbiorowej pamięci z expose pierwszego premiera, to słowa o grubej kresce - element owszem ważny w sensie odcięcia się od bagażu działań poprzedników, ale mniej znaczący w kontekście nowatorskiej wizji, jaką premier wówczas roztaczał.

Po pierwsze - premier wyznaczał jasny i przejrzysty kierunek. Skąd Mazowiecki wiedział co i jak ma zrobić? "Trzeba przywrócić w Polsce mechanizmy normalnego życia politycznego (...) Zasadę walki musi zastąpić zasada partnerstwa" - rozpoczynał. I od razu, niesamowicie precyzyjnie przedstawiał wyobrażenie o tym, jak powinno wyglądać to normalne życie polityczne w kraju. Mazowiecki mówił o potrzebie pluralizmu w polityce, ale również w mediach, o potrzebie wartości, ale również neutralności światopoglądowej państwa, o roli Kościoła - jako ważnego, ale stojącego z boku ‘stabilizującego’ partnera. Twórcy tamtego rządu nie mieli przecież wzorów do naśladowania - standardy ‘normalności’ musieli wyobrazić i wypracować sobie sami, a całe życie spędzili ‘w socjalistycznym eksperymencie’. Jasne - istniały kraje Europy Zachodniej - ale w expose brak śladów mówiących o prostym kopiowaniu modelu zachodniego. Owszem, w słowach Mazowieckiego, istnieje jasne odniesienie do Europy jako naturalnej grawitacji historycznej i politycznej dla Polski - ale wydaje się to być silniej zaakcentowane w sensie wartości - a nie bieżącej recepty na to jak powinna zmieniać się Polska. Skąd u premiera tak pewna i rzetelna wizja tego do jakiej demokracji zmierza - nie potrafię dziś pojąć. Czyta się to expose tak jakby Mazowiecki wiedział o tym, gdzie będzie Polska dwadzieścia lat później.

Po drugie - świadomość tego, gdzie musi zostać ulokowane centrum przemian. Mazowiecki od razu zdawał się wyczuwać, że zmiany systemu nie da się ‘zadekretować’ - że nie wystarczy zmienić fasady, zawiesić nowego szyldu. Wiedział, że zmiana nie przyjdzie też z zewnątrz - że to nie Zachód ‘zrobi’ tą zmianę. Owszem, upatrywał w demokratycznych państwach Zachodu sojusznika - ale to w Polakach, we współobywatelach widział podstawową tkankę zmiany. Mówił wtedy w sierpniu - że kluczowe z perspektywy zmiany Polski jest ‘otwarcie możliwości działań zbiorowych i indywidualnych’. I dodawał: ‘O powodzeniu zadecyduje nasza własna pomysłowość, praca i cierpliwość. Nasz własny wysiłek.’ Bazując na tych słowach, Mazowiecki już wtedy dostrzegał potrzebę ‘współuczestnictwa’ jako podstawowej wartości państwa i społeczeństwa. Owszem, chodziło zapewne również o konieczność przyzwolenia społecznego na reformy - ale czuje się w jego słowach, ze tak naprawdę chodzi premierowi o coś więcej. Zależało mu na zbudowaniu całego nowego modelu państwa opartego na partycypacji i włączaniu ludzi w proces polityczny - na traktowaniu ich jako partnera zmian, jako podmiot w procesie- a nie jako przedmiot, jako bierną publiczność. To pewnie Mazowiecki wyniósł w doświadczenia Solidarności. To słowa wtedy rewolucyjne - ale również dziś są sprawą kluczowo aktualną, fundamentalnie istotną. Dziś proces włączenia obywateli w proces reform, zmian i szerzej w proces rządzenia jest podstawowym wyzwaniem - zarówno dla nas jako społeczeństwa jak i barierą dobrego rządu. Mazowiecki mówił wprost, że obywatele muszą mieć poczucie wolności i bezpieczeństwa, ale też współuczestnictwa. Patrząc na ostatnie wydarzenia polityczne w Polsce - reformę emerytalną, protesty w sprawie ACTA czy choćby nawet na zbliżające się EURO - nie ma ważniejszego zadania dla rządu niż budowanie możliwości współuczestnictwa.

Wreszcie, po trzecie, Mazowiecki miał niezwykłą jasną świadomość powagi reform, jakie czekają Polskę i potrafił zobaczyć kluczową reformę ekonomiczną w szerszym kontekście. Widząc narastający kryzys gospodarczy końca lat osiemdziesiątych - można rzecz jasna uznać, że nietrudno było rozpoznać kryzysowość sytuacji. Mazowiecki w swoim expose zdaje się mówić coś więcej niż tylko reforma gospodarki- potrafi połączyć ekonomię z jej społecznym wymiarem. Potrafi precyzyjnie określić, skutek reform na to, gdzie i kogo będzie boleć i jakie wynikną z tego problemy. Mazowiecki zaproponował kształt gospodarki rynkowej - która jest czymś więcej niż grą niewidzialnej ręki rynku, która jest czymś więcej niż technokratycznym systemem kapitalistycznym. Jak czytam jego słowa dziś, to wydaje mi się, że być może paradoksalne, że takiego właśnie kształtu gospodarki domagają się ruchy protestu skupione wokół Occupy. Tylko nie potrafią tego wyrazić tak precyzyjnie jak premier wtedy. Premier mógłby śmiało zostać guru tego ptorestu. Mazowiecki mówił o drzemiącej w ludziach energii ekonomicznej, którą należy uwolnić oraz stworzeniu takiego systemu, który da ludziom możliwości działania: ‘Potrzebujemy takich mechanizmów prawnych i ekonomicznych, które dadzą ludziom przedsiębiorczym poczucie bezpieczeństwa dla ich działalności i pozwolą wszystkim odnaleźć moralny i materialny sens pracy’. Moralny i materialny sens pracy. To słowa dziś zapomniane. A jednak najbardziej aktualne.

Pamiętam, że jeszcze w czasach Unii Wolności w sporze między Balcerowiczem a Mazowieckim byłam głową po stronie tego pierwszego a sercem po stronie drugiego. Nie rozumiałam o co byłemu premierowi chodzi z tą ‘społeczną gospodarką rynkową’, z tą jego ‘wrażliwością społeczną’. Wydawało mi się wtedy, że to jakieś niepotrzebne zmiękczenia. Niepotrzebne cieniowanie prostych decyzji. Nie rozumiałam, że premier upominał się o człowieka. Głupia byłam.

Thursday, 12 April 2012

Witamy w świecie iluzji, czyli o kampanii na rzecz 'legalnej kultury'

Photo by graphia, CC-BY licence
Rusza właśnie kampania społeczna, w której Borys Szyc oraz Danuta Stenka informują widza w kinie, że właśnie ogląda legalny film. Swoją akcją chcą zachęcić 'publiczność' do korzystania z legalnych źródeł kultury.  Czyli, że już nie wystarczy, że zapłaciłam 30 zet za bilet. Jeszcze dodatkowo za moje (publiczności) pieniądze dowiaduję się, że przyszłam do kina na legalu. Bomba.

Kto mówi do kogo i w czyim imieniu

Poszłam dziś na wielką bombkę medialną 'launchującą' kampanię Fundacji Legalna Kultura na temat legalnej kultury. Na sali zatrzęsienie rodzimych gwiazd od Zbigniewa Zamachowskiego po zespoły muzyczne, których nazw (przepraszam) nie pamiętam oraz firmament polskich mecenasów kultury przez duże K w osobie Agnieszki Odorowicz. Jak również grono naprawdę (przysięgam) świetnych ekspertów, doświadczonych przedstawicieli rządu i akademii. Oraz mniej więcej 16 różnych kamer, bo kampanię - suprise, suprise wspierają medialnie wszyscy możni świata mediów - wszystkie telewizje i wszystkie liczące się media papierowe. 

I jestem jeszcze ja (i kilku moich znajomych), przedstawiciele 'publiki', do której owa kampania jest skierowana. I czego się dowiaduję? Że Fundacja Legalna Kultura, z budżetem 3,5 miliona na działania, chce przekonywać mnie, że legalna kultura jest w porządku. Jasne, że jest w porządku. I nie muszę mieć do tego żadnych badań, żadnej kampanii ani żadnego podziękowania z ust Borysa Szyca. No naprawdę, każdy, nawet ten okropny pirat, zgodzi się, że of course, dobrze by było, i fajnie jest jak kultura jest legalna. Tylko, że zupełnie nie tutaj leży problem, z którym się dziś mierzymy. 

Do kogo należy kultura i kto ma 'patent' na jej tworzenie?  

Pierwszy mój kłopot polega na tonalności całej kampanii i jej koszmarnej elitarności. Zapraszając gwiazdy i wielkie media do wsparcia kampanii, jej twórcy nieuchronnie konserwują wizję kultury jako dobra rzadkiego, dobra elitarnego, dobra, który może tworzyć oświecona mniejszość na rzecz ciemnej większości. Nic więc dziwnego, że twórcy kampanii, fukcjonując w takim elitystycznym paradygmacie, widzą siebie prawie jak misjonarzy, którzy próbują nawracać nas, tępawą publikę, do kosumowania 'treści', które szanowni państwo z Legalnej Kultury w swojej łaskawości nam zaprezentują. No i jest i bonus. Uczestnicząc w tej, nie bójmy się tego słowa, PRAWDZIWEJ kulturze, doznajemny swoistego rodzaju nobilitacji. Czyli już nie, że po prostu idę do kina - ale, że mogę dotknąć, choć na moment, tego pięknego lepszego świata 'legalnej kultury'. 

Czułam się trochę jak na obiedzie czwartkowym u Księcia Poniatowskiego. No bo cholera - zaczynając od Benedict poprzez Kroebera, Kłoskowską i innych a na Banksym kończąc, wiemy, że kultura nie należy do elit. Kultura należy do wszystkich. Czyli nie tylko do pani Odorowicz, ale również do pani Frani, która wyszwa wzory kurpiowskie i pana Kazia, który tatuuje smoki i serca przebite strzałą. Kampania, która więc dziękuje 'publiczności' za uczestnictwo w legalnej kulturze jest zgoła aroganckia. Bo zawłaszcza ją tylko dla wielkich i możnych tego świata. 

Rewolucja technologiczna tak naprawdę niewiele zmienia w rozumieniu kultury. Ona po prostu ją jeszcze bardziej demokratyzuje. Przede wszystkim, o zgozo, demokratyzuje słowo artysta. Daje możliwości zaistnienia tym mniejszym, tym nieznanym, tym, a fe - 'niezaopiekowanym' przez wielkich wydawców i dystrybutorów.  A z drugiej strony, i to już całkowita tragedia, daje publiczności nieskończoną możliwość wyboru. Czyli, że może być teatr telewizji, ale może być i zremiksowany mięsny jeż albo też filmik nieznanej panny H z Gorzowa. I mamy mały dramat. Bo jak to możliwe, że ten ciemny uczestnik,  a być może i pirat, daje sobie radę bez szczodrobliwej reglamentacji pani Odorowicz?  Albo bez mecenatu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego? 

Rozpoczęta więc kampania Legalnej Kultury znów robi to, co 'elita' lubi robić najbardziej. Traktuje ciemny lud z pobłażliwą życzliwością ( Odorowicz: 'indywidualnych użytkowników konsumujących nielegalne pliki nie będziemy ścigać') i łaskawie oświeca nas reglamentowaną 'legalną kulturą'. 

Get real, czyli o czym NIE mówi kampania, a czym powinna mówić 

Prawdziwych problemów, zręcznie pomijanych na dzisiejszej 'uroczystości' jest bez liku. Problem w Polsce polega na tym, że z tych formalnych źródeł kultury korzysta z roku na rok coraz mniej Polaków - w zeszłym roku tylko 13% z nas kupiło książkę, płytę lub poszło do kina. I nie znaczy to, że nie uczestniczymy w kulturze - znaczy to, patrz wyżej, że uczestniczymy w niej inaczej i w inny sposób. Że jakoś tak się dzieje, że coraz mniej potrzebujemy wielkich dystrybutorów, a nawet jeszcze - przez - chwile - wielkich koncernów mediowych.  Kampania 'Legalnej Kultury', nie poruszając realnych problemów - realizuje nie tyle interesy 'kultury' co interesy tradycyjnych dystrybutorów, producentów i 'rozpoznanych' przez nich artystów.

Kolejny problem, o którym nie mówi w głównym przekazie kampania, to realny brak powszechnie dostępnych źródeł legalnej kultury w sieci, które istniałyby nieodpłatnie lub za niewielką opłatą. Cześć i chwała, że Fundacja Legalna Kultura na swoich stronach będzie udostępniać utwory dostępne w ramach domeny publicznej czy upowszechione na licencjach creative commons. Szkoda tylko, że w żadnym stopniu, mając takie środki i wpływy wśród elit, nie przyczynia się do walki o poszerzenie domeny publicznej, nie walczy o otwieranie publicznych, a jednak zamkniętych zasobów kultury i nie promuje niskopłatnych modeli korzystania z treści. Łatwiej jest trąbić o legalnej kulturze, a trudniej wykonywać mniej spektakularną, codzienną pracę na rzecz umieszczania lektur szkolnych w publicznej domenie czy przekonywanie publicznych instytucji kultury jak muzea i galerie, że ich zbiory są dobrem nas wszystkich i powinny być udostępniane w sieci nam wszystkim.  Taka mrówcza praca od lat jest wykonywana  przez organizacje pozarządowe, przez zapaleńców - wolontariuszy czy loklalne ośrodki kultury - bez akcji w stylu glamour.  Ale o tym Kampania Legalnej Kultury nie mówi. 

Wreszcie, na koniec, problem polega w niedostosowaniu prawa autorskiego do realiów cyfrowego społeczeństwa i cyfrowej ekonomii.  O tym również kampania Legalnej Kultury zapomina.  Owszem, pojawiają się zdawkowe słowa o konieczności reformy, ale tylko Igor Ostrowski z MAiCu powiedział, że myśląc o prawach autorskich potrzebna jest umowa społeczna - czyli taka konstrukcja prawa - które chroni nie tylko interesy wielkich artystów przed duże A,  ich producentów i dystrubutorów - ale, która rozpoznaje interesy, prawa i style życia współczesnych użytkowników kultury. 

Na koniec wypada mi chyba tylko podziękować twórcom Legalnej Kultury za prawdziwie bajkową kampanię. Bajkę o tym, jak coraz bardziej samozwańcze elity kulturalne w Polsce widzą swoją rolę i swoją misję - wzruszającą historię o tym jak garstka pięknych i bogatych chce oświecić nieoświecony lud. Jeśli ktoś lubi świat iluzji - polecam. 

*tekst wyraża osobiste poglądy autorki, nie jest oficjalnym stanowiskiem miejsca pracy, które reprezentuje. 

Thursday, 29 March 2012

Nie w moim imieniu.


Czy internet może przynieść odnowę reprezentacji?

Nic tak nie denerwuje mnie jak ktoś wypowiada się za mnie beze mnie i w moim imieniu i robi to bez żadnej konsultacji. A już najbardziej jak robi to piędziesięcioparoletni działacz związkowy pod kancelarią premiera. Szkoda, że się za mnie nie ukrzyżował.

Ci panowie mnie nie reprezentują

Rzadko krzywię się na widok protestujących grup społecznych - mogę nie zgadzać się z przedmiotem protestu, ale to ich święte prawo walczyć o swoje i bronić swoich grupowych interesów. I dopóki sytuacja jest w ten sposób wyartykułowana i ktoś przyznaje, że to jego grupowe interesy a nie narodowe dobro to nie mam z tym jakiegoś wielkiego problemu. Nawet jeśli akurat polski ruch związkowy nie należy do moich ulubionych.

 Jednak reforma, przeciwko której dzisiaj protestują dotyczy ich zdecydowanie mniej panów z wąsem pod KPRM- em niż mnie. I oni o tym wiedzą. Więc protestują za mnie. No i mamy dosyć  niezwykły to protest, w którym związkowcy twierdzą, że walczą w moim podwójnym imieniu  - mnie jako 'młodego pokolenia' oraz mnie jako 'kobiety'. Więc chciałabym niniejszym powiedzieć, że ja dziękuję, że ja dłużej popracuję. Również na ich emerytury. Tylko, niech już mnie Pan Duda dłużej nie reprezentuje.

Nikt nas nie reprezentuje

Tymczasem, w zupełnie innym gronie,  bez pana Dudy,  toczyła się w poniedziałek w Fundacji Batorego dyskusja o 'młodym pokoleniu' (również, bez udziału młodego pokolenia, co prezesowi zostało wypomniane), a w szczególności o młodych 'Aktawistach' - o tym takiego się stało, że młodzi Polacy nie protestowali, kiedy likwidowano OFE, a obudzili się kiedy uchwalano ACTA (pisałam o tym już kiedyś już tutaj a relacja z debaty, która pojawi się tutaj, więc nie będę się powtarzać).

Wątek, o którym chce pisać,  pojawił się sporadycznie, ale dotyczył problemy reprezentacji właśnie. I rację miała, moim zdaniem, Dudzińska, która odpowiadała z sali panelistom, że ACTAwiści polscy występowali jako 'no logo',czyli bez organizacji bez afiliacji, nie bo są 'niewinni' czy rozmemłani, ale   ponieważ bali się zawłaszczenia. No jasne. Jasne, że bali się, pęczków Palikotów, którzy ich protest przekształcą w swój protest i zaprezentują ich tak, że przestanie być ważne o co walczyli in first place, a, na koniec dnia, przekształci się w demo na rzecz odsunięcia Tuska. Dudzińska podsumowała dewizę ruchów przeciw Acta jako 'nikt nas nie reprezentuje i nie legitymizujemy nikogo'.

Smolar mądrze podchwycił jej ideę mówiąc, mówiąc o tym, że potrzeba 'odnowy reprezentacji' była cechą charakterystyczną właściwie wszystkich ruchów protestu - od arabskiej wiosny, przez occupy aż po polski ruch stop Acta.

Nic o nas bez nas: czy cyfrowe społeczeństwo może zrealizować utopię pełnej reprezentacji?

Istotnie, żyjemy w świecie, w którym coraz bardziej nikt nikogo już nie reprezentuje - a raczej, w którym instytucje tradycyjnego świata przestają reprezentować centrum aktywności życia społecznego.  Co roku coraz mniej ludzi uczestniczy w wyborach parlamentarnych. Tradycyjne organizacje, które powstawały po to, żeby reprezentować wielkie interesy klasowe lub grupowe -  partie polityczne czy związki zawodowe - przestają być relewantne - nie tylko w Polsce ale i wszędzie.  Ludzie są gdzie indziej. Narodowe media, które do tej pory zapewniały  podstawowe wspólne curriculum - uczestnictwo we wspólnym świecie znaczeń, wyobrażeń i wydarzeń, znikają na naszych oczach - każdy czyta tylko to co chce i szuka tego co chce (o kryzysie tradycyjnych instytucji  i charakterstyce nowych pisałam tu ). To nie jest tak, jak chciał pan prof. Koseła na debacie w Batorym, że 'młodzi ludzie uciekają do internetu i trudno ich badać'. To jest raczej tak, że ten tradycyjny świat instytucji - społeczno politycznych odpływa od tego, gdzie jest podstawowa aktywność życiowa ludzi, a prof. Koseła odpływa wraz z nim.  I przestaje być relewantny.

Zadziwiające jest to jak bardzo w tym 'nowym' świecie rolę tych 'starych instytucji' przejmuje - z (chwilowego?) braku lepszych modeli - serwis komercyjny jak Facebook. Racje ma Alek Tarkowski, który mówi, że facebook dziś spełnia funkcje 'nowej' agory. Poszłabym nawet  dalej  -  dzisiaj to facebook jest, paradoksalnie najbliżej realizacji utopi pełnej reprezentacji. Hmmm ...

Najciekawsze pytanie więc brzmi więc tak, jak ogarnąć ten nowy świat nowych instytucji, nowych ruchów społecznych  i nowej reprezentacji ... w taki sposób, że o tak, nic o nas nie stanie się bez nas ... ale jednocześnie ten nowy świat nie wrzuci nas wszystkich w otchłanie chaosu.




Thursday, 2 February 2012

13% Polaków jest osobiście zaangażowanych w protest

Ten tydzień znów upłynął pod znakiem protestów w sprawie ACTA, a my w pracy postanowiliśmy zapytać Polaków co myślą na ich temat. Dziś więc tylko na gorąco przesyłam podstawowe wyniki.

Protest to walka o wolność internetu

 Dla młodych Polaków protest w sprawie ACTA to przede wszystkim walka o wolność w internecie Aż 43% zapytanych młodych Polaków w przedziale do trzydziestego roku życia powiedziało nam, że w sprzeciwie wobec ACTA chodzi przede wszystkim o walkę o wolność internetu. Drugą najczęściej wymienianą przyczyną jest niejawny sposób, w jaki rząd prowadził konsultacje - takiego zdania jest 30% zapytanych przez nas młodych Polaków. Badanie nasze nie potwierdza pojawiającej się tezy, że w protest przeciwko ACTA jest buntem piratów niezadowolonych z tego, że państwo ograniczy im możliwość ‘sciągania’ plików w sieci - takiego zdania jest tylko 12 % młodych ankietowanych. 

Poglądy na protest w sprawie ACTA mają charakter pokoleniowy

Wyniki badania potwierdzają pokoleniowy stosunek do protestu. Ludzie powyżej trzydziestego roku życia są dużo mniej skłonni do uznawania, że w proteście przeciwko ACTA chodzi o wolność internetu - takiego zdania jest tylko 28% ankietowanych - aż o 15% mniej niż wśród młodych Polaków. Starsze grupy pytanych dużo częściej przyznają, że nie wiedzą o co chodzi w sprawie ACTA - taki pogląd wyraziła aż 1/3 Polaków powyżej 30 roku życia vs. 14% do lat trzydziestu.

 Aż 13% młodych Polaków jest osobiście zaangażowanych w protest

 Protest w sprawie ACTA zdecydowanie mobilizuje młodych Polaków do działalności obywatelskiej, co jest szczególne istotne w kontekście dotychczasowego niskiego stopnia zaangażowania społecznego czy politycznego młodego pokolenia. Dla większości z nich, aż 53% protest w sprawie ACTA jest na tyle ważny, że aktywnie śledzą rozwój wydarzeń lub osobiście są w niego zaangażowani - ten ostatni rodzaj aktywności zadeklarowało aż 13% ludzi do 30 roku życia. Polacy martwią się, że wprowadzenie ACTA ograniczy im dostęp do kultury przez internet Ponad połowa Polaków uważa, że wprowadzenie ACTA ograniczy ich dostęp do muzyki, filmów i książek przez Internet. Odmiennego zdania jest tylko 31% ankietowanych. Wynik ten pokazuje, że Polacy widzą związek między ACTA a dostępem do kultury. Martwią się, że wprowadzenie ACTA utrudni im swobodne korzystanie z treści kulturowych w sieci. Tymczasem badania nieformalnych obiegów kultury pokazują, że internet jest dla młodych Polaków głównym źródłem dostępu do kultury

Polacy bardziej za zachowaniem darmowego dostępu do kultury w sieci, nawet jeśli oznacza ograniczenie praw autorskich

Większość Polaków, aż 52% w całej populacji jest skłonnych uznać, że zachowanie darmowego dostępu do książek, filmów i muzyki jest elementem swobód obywatelskich i powinno być zachowane nawet jeśli odbywa się z elementem naruszenia prawa autorskiego. Tutaj również pojawiają się jednak różnice pokoleniowe. Takiego zdania jest aż 61% Polaków do trzydziestego roku życia (w tym aż 71% w grupie najmłodszej - do 24 lat) i tylko 48% powyżej trzydziestki. Odmiennego zdania jest 47% Polaków w tej ostatniej starszej grupie.

 O badaniu: * badanie sondażowe zostało przeprowadzone przez instytut MillwardBrown SMG/KRC w dniach 28 - 29.01 na reprezentatywnej próbie 1003 Polaków

Thursday, 26 January 2012

Ruch ‘Nie dla Acta’. Młodzi Polacy właśnie wychodzą na ulicę nie w obronie pracy i płacy, ale w imię wolności Internetu.

Czy rząd swoją arogancją właśnie buduje przeżycie pokoleniowe, którego tak brakuje młodym Polakom? Być może z biernego pokolenia OBOK, stajemy się właśnie aktywnym obywatelsko pokoleniem ANTY.

Jeśli spojrzeć wstecz na 2011 - rok rewolucji, w których młodzi ludzie odgrywali pierwsze skrzypce - od Placu Tahrir po ruch Occupy Wall Street, można uznać, że młodzi Polacy przespali ten moment. Z wielu względów trudno dziś młodym ludziom w Polsce załapać się na ‘rewolucję’. W końcu od małego wmawiano nam, że ktoś inny nam tą wolność wywalczył i jedyne co możemy robić to zrobić z nią coś konkretnego - a najlepiej inwestować w siebie i pomnażać PKB. W tym klimacie młode pokolenie opisuje też raport Boniego Młodzi 2011, który, jak pisałam tu, pokazuje nas jako pokolenie ślepych krówek - które z radością sprzedaje wolność dla małej stabilizacji - w imię i phona, pracy w korporacji i wyjazdu do Turcji na wakacje. W tych rosnących aspiracjach materialnych i lifestylowych raport Młodzi 2011 widzi szansę budowy nowego modelu polskiej wspólnotowości. Nie widzi w młodych potencjału buntu, bo bunt się nam ‘nie opłaca’.

Twórcy raportu opisując ‘młodzież’ nagminnie zapominają jednak o jednym - wyjść poza cyferki, poza warszawski salon i oddać głos tym, których opisują.

Więc właśnie tytułowi ‘młodzi’ przemówili. Witamy w prawdziwym świecie.

A tu na ulicy, właśnie okazuje się, że wbrew założeniom, że ‘głupia publika łyka i łyka’ (Kisielewski) są jednak rzeczy które potrafią nas wkurzyć - i nie jest to brak pracy lub praca za 1200. Ale przemożna arogancja władzy.

Pokolenie OBOK przemawia

Ale po kolei. Z prowadzonych właśnie badań etnograficznych (o których dużo więcej będzie można przeczytać tu) wyłania się nam obraz pokolenia niezbyt chętnego do ‘przejęcia’ pałeczki współtworzenia Polski, o czym tak bardzo marzą twórcy raportu Młodzi 2011. Młodzi Polacy, z którymi rozmawiałam, żyją raczej OBOK. Nie mają wcale oczekiwań wobec państwa. Wiedzą, że państwo niewiele im może dać. Mają to państwo w nosie. Ale mają też nadzieję, że to państwo da im święty spokój. Nie widzą sensu buntu, nie są ANTY. Nie ma w nich (nas) tak obecnego na Zachodzie w pokoleniu naszych rówieśników, poczucia niesprawiedliwości dziejowej. Nie ma też, tak potrzebnego do powstania ruchu społecznego poszczucia braterstwa, wspólnoty i chęci przekroczania poza jednostkowe cele. Do czasu.

Bo to wszystko zmienia się właśnie na naszych oczach.

Kiedy pokolenie OBOK staje się ANTY 

 Jesteśmy świadkami czegoś, co do tej pory uznawaliśmy za niemożliwe. Pokolenie egoistów, pokolenie 1200, pokolenie, które żyje OBOK właśnie wychodzi na ulice polskich miast. I to nie w obronie własnej pracy i płacy a w imię wolności Internetu. Rząd swoimi działaniami w sposób niesamowity zdołał zaktywizować młodych Polaków do aktywności obywatelskiej. Chciałoby się powiedzieć ‘well done’ i napisać instrukcję o tym jak stworzyć aktywnych obywateli w 24 godziny. Być może rząd swoją arogancją właśnie buduje przeżycie pokoleniowe, którego tak brakuje nam, młodym Polakom - być może z biernego pokolenia OBOK, stajemy się aktywnym pokoleniem ANTY. Niesamowite jest to, że arogancja władzy sprawia, że jesteśmy w stanie wyjść na ulicę - nie w obronie jasno zdefiniowanego interesu własnego - pracy, płacy, kasy - wiemy, że tego nam rząd nie załatwi. Moment, w którym rząd wchodzi w coś, co uznajemy za na nasze własne podwórko wolności to jest już ten jeden krok za daleko.


Photo by:  Jaffiche.fr , licencja some rights reserved 
http://www.flickr.com/photos/geoffreydorne/4742252765/

Wednesday, 4 January 2012

Apel o zmianę świętowania Nowego Roku w opłakiwanie Starego Roku

Nowy Rok jako radosne wydarzenie spoglądające w przyszłość w ogóle nie pasuje mi do kodu kulturowego naszego smutnego narodu pogrążonego w melancholii i patrzącego z nostalgią w przeszłość. Porzućmy ten bezsensowny noworoczny optymizm. No bo właściwie z czego tu się cieszyć? Zostawmy świętowanie Nowego Roku innym, a my zajmijmy się wreszcie tym, co do nas pasuje bardziej - opłakiwaniem tego co było.



Dowód pierwszy. Nie ma bardziej depresyjnych dni niż te na początku stycznia

Doprawdy, początek stycznia to zawsze najgorszy okres w roku. Nigdy nie rozumiem dlaczego akurat te okropne ciemne, zimne i szare dni mają być zaczątkiem ‘nowego początku’. I proszę mi tu nie mówić, że to najcieplejszy styczeń stulecia. Nie wiem dlaczego w tych najbardziej pochmurnych dniach w roku mam się zmuszać do rzucania ostatnich przyjemności w życiu i podejmowania nowych nieprzyjemności. W styczniu wszystko jest zawsze na poważnie i na serio - nie ma wymówek w pracy ani wymówek w życiu. Są za to nowe obowiązki, są jakieś ambitne plany i jakieś nowe dyscylpliny, nie ma zmiłuj się i przebacz. Jeśli tak wyglądają nowe początki to ja naprawdę wolę szczęśliwe końce.

Dowód drugi. Wszystko co miłe już było.

Nigdy nie wiem z czego mam się cieszyć podczas noworocznego obiadu u teściów skoro wszystko co miłe już było. Najmilej na jest przecież czekać na miłe rzeczy. A na co tu czekać w styczniu? Na luty? Na lato? Za nami świetlisty grudzień, wielki wspaniały czas bycia ‘pomiędzy’, długich grudniowych wieczorów, kiedy to opłatkowe spotkania umilały czas oczekiwania na święta, a świąteczna atmosfera wypełniała po brzegi wszystkie krótkie dni po kolei. W styczniu przecież nie da się już słuchać ‘All i want for Christmas’ w pracy, a wigilijne smaki, które przed świętami kuszą rozkosznie, stają się nie do wytrzymania. W grudniu wszystko jest pół żartem pół serio, jak we śnie, jak w bajce, jak w tańcu. Styczeń to jakieś beznadzieje lądowanie na betonie.

 Dowód trzeci. Nowy rok, stare dylematy.

Nowy Rok to jedno wielkie kłamstwo, które daje nam (albo tylko ja jestem taka naiwna) jakąś ponurą nadzieję, że nasze życie będzie inne. Tymczasem, piąty stycznia wybija a ja wstaję z łóżka dokładnie z tymi samymi dylematami. I męczę się z tymi samymi niepodjętymi i niepojętymi decyzjami, tylko, że teraz nie mogę już niczego odkładać. Wcale nie jestem o rok mądrzejsza. Jestem tylko o rok starsza. I na dodatek nie lubię liczby 12.


Wyobraźmy sobie jak dużo lepiej wyglądałby Sylwester, gdyby nie był jakimś obłudnym czasem czekania na niby wspaniałe coś nowego tylko opłakiwaniem Starego Roku. Jak pięknie wyglądałyby życzenia o północy, gdyby były życzeniami starorocznymi - wspominaniem tego do było, co minęło i co, stety - niestety, nie wróci. Jak o wiele bardziej smakowałyby toasty ‘na pohybel’ niż ‘na zdrowie’. Wyobraźmy sobie to odliczanie, to machanie do starego roku, który odchodzi i który dobrze znamy, a nie uśmiechaniem się do nowego, którego nie znamy wcale i nie wiemy co przynosi. I nie wiemy czy go lubimy. Zapraszam zatem już teraz na świętowanie starego roku. A tym, którzy jeszcze czują się nieprzekonani proszę o receptę na umilanie stycznia.

 * niniejszy wpis jest efektem spędzenia 12 godzin nad kartką papieru, która powinna przypominać doktorat. Autorka starała się skontaktować z lekarzem lub farmaceutą, ale otrzymała informację ‘do decyzji NFZ’

Wednesday, 28 December 2011

Spędziłam Święta z jemeńską księżniczką

Tegoroczne Święta spędziliśmy w Krakowie wraz z rodziną oraz moją brytyjsko - jemeńską przyjaciółką. Rzecz jasna zaanonsowaliśmy naszej rodzinie, że przyjedzie Ala, ale nikt nie przypuszczał, że przyjedzie Aalaa, która nie tylko nie ma kota, ale też nigdy nie jadła karpia pod żadną postacią. A już tym bardziej nie „in the gelly”.

Całe święta, oprócz tego, że były niezwykle miłe i ciepłe, uświadomiły nam, że jeśli tak spojrzeć „z zewnątrz” to nasze polskie wigilijno - świąteczne tradycje są radykalnie „inne”, a wigilijne smaki z łatwością powodują zawał kubków smakowych u prawdopodobnie każdego, kto nie był od lat niemowlęcych faszerowany karpiem oraz nie uznaje, że burak na ciepło to coś oczywistego. Po tych świętach już wiem, że zanim nakarmię muzułmankę kiełbasą z dzika warto jednak uświadomić sobie, że dzik to mąż świni więc jednak wieprzowina i warto jednak nie wyprowadzać Aalii z błędu po tym jak powie, że „ten indyk jest pyyyyszny”, co nieopatrznie uczyniłam starając się chyba żyć „w prawdzie” w te święta :-) Zaś zgromadzenie o północy w kościele Dominikanów zasługuje spokojnie na miano „the coolest things to do at Christmas” w rankingu Time Outa.

Opłatek. Czy ja mam to zjeść?

Aalaa uświadomiła nam, że ubieranie choinki to prawdziwie miła chwila, sama nigdy wcześniej tego nie robiła. Ja z kolei odwdzięczyłam się opowieścią o tym, że tak naprawdę to nie lubię tego robić odkąd rodzice nigdy nie pozwalali mi wieszać na choince ozdób, które pieczołowicie robiłam w przedszkolu. (Taka mała trauma, ale kocham moich rodziców, więc proszę nie martwcie się psychologowie). Już w domu u rodziców zaczęliśmy wigilię jak zwykle czytaniem z Łukasza o tym jak Józef z Marią, „która była brzemienna”, podróżowali do Betlejem, żeby dać się „spisać”. Przeczytałam też fragment z Koranu, który opowiada o cudownym poczęciu i narodzeniu Jezusa. Koran zresztą mówi całkiem dużo o Jezusie i Marii. Potem było łamanie się opłatkiem. „A co to?” - zapytała Aalaa. No i zaczęło się  - Paweł zasugerował, że to ciało Chrystusa, a ja, że to nie ciało Chrystusa, ale coś co symbolizuje chleb i dlatego dzielimy się tym składając sobie życzenia. Naszą dyskusję przerwała konkretem: „I to się je?” - zapytała rozbawiona. Potem już było łatwo, bo dzielenie się opłatkiem jest w końcu bardzo miłe i piękne. Wigilijny zwyczaj eksportowy.

„Jeszcze nigdy w życiu nie zjadłam siedmiu ryb na raz!”

 Przystąpiliśmy więc do śledzia. Były ich trzy rodzaje, karp w galarecie, do tego sałatka jarzynowa (ooo! Russian salad!) grzybki, chrzany, inne dyrdymałki, no .. i na szczęście łosoś, jedyny, który znajomo mrugnął do koleżanki). Tata zaserwował śliwowicę, ja przy określeniu „plum vodka” zapomniałam dodać, że ma ona 70% i to był pierwszy raz, kiedy Aalaa musiała pomyśleć, że chcemy ją zabić.

Burak na ciepło? Sorry guys ...

Ku naszemu zaskoczeniu Aalaa nie dała rady przebrnąć przez barszcz z uszkami. Inna sprawa, że barszcz moich rodziców, robiony na zakwasie jest pewnego rodzaju wyzwaniem dla każdego. Nawet uszka, nazwane przez nas na potrzeby familiaryzacji sytuacji „dim sum” nie pomogły w pokonaniu szoku, którym dla Aalii okazała się ciepła czerwona zupa. „Nigdy nie widziałam buraka na ciepło! Skąd Wy na to wpadliście? W Anglii jedyny znany burak pod słońcem to burak piklowany w sałatce a i z nim ostrożnie”. Najlepszym remedium na szoki smakowe okazał się łosoś, majonez oraz ugotowane ziemniaki, których całkiem pokaźne resztki trzmaliśmy w lodówce. Aalaa z wrodzonej ciekawości, ale też pewnie nie chcąc nas w niczym urazić dzielnie próbowała wszystkiego, ale po każdym posiłku każdego dnia świąt wracała do swojego standardu - robiła sobie kanapkę z łososiem z majonezem i przegryzając ziemniakiem wyjaśniała : ‚Muszę zneutralizować sobie te Wasze dziwne smaki”. Podobną rolę spełniały świąteczne ciastka zaolziańskie. „Mamy takie w Jemenie” - rozpromieniła się na widok rożków vanilkovych Aalaa. (??!!! :-)))

Prezent

Ten zwyczaj znany jest na całym świecie. Choć nie wszyscy dostają prezent tak piękny i politycznie niepoprawny jak jak ja od Aalii.

Pasterka i inne kościelne hity

Największym przeżyciem dla nas obu była zdecydowanie pasterka, na którą poszłyśmy do Dominikanów. Dla mnie to ważny punkt świąt w Krakowie i przyznam, że nie wiem czy kierują mną pobudki religijne czy jednak wyłazi ze mnie sentymentalne (kołtuńskie?) przywiązanie do tradycji, zapachu mirty, czaru obecności braci zakonnych i chęci poczucia się częścią wspólnoty, zaśpiewania „Bog się rodzi”, przekazania rodakom znaku pokoju etc itd. Dla niewtajemniczonych polecam wejście od krużganków, od tyłu, gdzie rozciąga się wspaniała perspektywa na ołtarz oraz uczestników tej  uroczystości. Obecność Aalii uświadomiła mi tym razem te wszystkie rzeczy ze wzmożoną intensywnością. Obydwie się wzruszyłyśmy bardzo, każda pewnie z innych względów i zostałyśmy do samego końca. „Are ALL these guys with hoodies priests? Some of them seem to be sooooo young. And good looking” - wzdychała. Allaa dzielnie wytrzymała jeszcze z nami na kazaniu Kłoczowskiego w pierwszy dzień świąt i na ślubie kościelnym w drugi. Normalnie jakbym była z misji ewangelizacyjnej. Chyba mam plusa u kadynała Dziwisza.

Obecność Aalii uświadomiła nam, że święta to jednak uczestnictwo w bardzo wyraźnym i odrębnym doświadczeniu kulturowym, z którego na co dzień i zazwyczaj nie zdajemy sobie sprawy. Które tak samo mocno wklucza jak i wyklucza. I nic dziwnego, że tak z nimi (mówię o sobie) czasem ciężko, bo to potężna dawka ładunków emocjonalnych i oczekiwań i ról, w które jednak mimowolnie wchodzimy (przynajmniej ja) i jednak je odgrywamy (to też o mnie), bo jednak gdzieś tam ich pragniemy (i to też). Dzięki Aalii dane nam było w tym roku na te nasze trudne czasem rytuały i kody spojrzeć trochę z zewnątrz i przeżyć to z humorem i trochę z dystansem do samych siebie i tego, co robimy. Taki bufor bezpieczeństwa, który pozwala w te świąteczne fatałaszki wejść z ochotą - trochę poluzować ten sztywny świat tradycji, trochę go przewietrzyć i dzięki temu pokochać na nowo - oczami drugiego człowieka. Aalu, wróć do nas na Wielkanoc!

Post Scriptum

Sms od Aalii ze Złotych Tarasów w drodze na Okęcie: „Zobaczyłam rodzinę arabską i jedna dziewczynka miała nawet chustę ORAZ dwie reklamy z czarnoskórymi ludźmi. To chyba nie Polska!”

Czyli jednak trochę zmieniamy się. Ufff.

Thursday, 24 November 2011

Młody rząd daje szansę na włączenie młodych Polaków w proces polityczny i zbudowanie trwałego zaplecza poparcia dla swoich reform.

Moim zdaniem to potencjalnie najlepszy rząd, jaki Polska ma od ‘89 roku. Ambitne plany reform, zapowiedziane przez Tuska w expose, są w dużej mierze tym co chciałam usłyszeć od premiera mojego rządu. Mało tego, na naszych oczach odbywa się (r)ewolucja pokoleniowa w polskiej polityce, o której marzył jeszcze niedawno Boni. Przecieram oczy ze zdumienia, szczypię się po rękach - i tak, to nadal mój kraj i moja polityka. Jasne, że chciałoby się więcej, bardziej i radykalnie mniej konserwatywnie w sprawach światopoglądowych, ale dalibóg (sic!), jeśli premier zacznie realizować to, co obiecuje, jestem skłonna nie tylko mu kibicować, ale i pomóc w przekonywaniu niewiernych.

Wyleczmy się z chronicznego krytykanctwa

Piszę to z całą świadomością, że zapewne zostanę uznana przez część moich przyjaciół za kompletną idealistkę, a może i nawet naiwną wariatkę. Mam jednak wrażenie, że tak pojawiło się tyle komentarzy krytykujących decyzje Tuska  jakby działa się zwyczajowa w naszym kraju masakra polityczna. Tymczasem z polskiej polityki popłynęły naprawdę są dobre wiadomości i choć nie mamy języka mówienia dobrze o politykach to jednak umiejmy pochwalić, to, co naprawdę można, a następnie twardo rozliczajmy.

 Najpierw ludzie, potem teczki - i to ma sens

 Pierwszy komentarz, na który natrafiłam na facebooku był taki, że premier dobierał teczki do ludzi, a nie odwrotnie. Oraz dalej idące żarty, że premier pewnie żonglował teczkami dobierając ludzi. Serio, to ma być argument? Jeśli o mnie chodzi, nawet jeśli i tak by było, to co z tego? Całkiem dobrze czuję z przekonaniem, że premier ma ludzi, którym ufa i którzy w jego ocenie mają dość talentów i ogólnej kompetencji, że są w stanie się sprawdzić w wielu dziedzinach. Świat staje się coraz bardziej interdyscyplinarny i myślę, że do rządzenia potrzebne są trochę inne kompetencje niż dogłębna ekspertyza w danym temacie. Takie sytuacje powoływania ministrów na różne stanowiska są na porządku dziennym w krajach, na które lubimy patrzeć z podziwem -  w rządzie Blaira Jack Straw był najpierw ministrem spraw wewnętrznych a potem zagranicznych. Ed Balls, najpierw był ministrem ds. dzieci, a teraz jest ministrem finansów w gabinecie cieni. Podobne działa Partia Konserwatywna. Szczerze nie rozumiem argumentów, że ministrem zdrowia może być tylko lekarz, a sportu działacz sportowy. Tym tropem dochodzimy do absurdu, że ministrem kultury mógłby zostać tylko ktoś kulturalny, a ministrem spraw zagranicznych to chyba już tylko ktoś zza zagranicy (tu Tusk całkiem trafił z tą logiką).

Rząd jest polityczny, bo, suprise suprise, to jest polityka!

Kolejny powtarzany argument to taki, że nominacje Tuska były polityczne. No jasne, że polityczne, a jakie miałyby być? Tusk nie powoływał szefa Appla czy Maspexu tylko ministrów rządu RP. Nie wiem czy te komentarze wyrażały marzenie o jakimś rządzie ‘ekspertów’, ale jeśli tak to były one chyba całkiem wyssane z palca. Sytuacja polityczna w żadnym stopniu nie uzasadnia w Polsce rządu ekspertów. W ogóle zresztą nie było o tym mowy. Więc tak i owszem, mamy nominacje polityczne, ale to nie znaczy, że one muszą apriori złe tylko dlatego, że są polityczne. W tej dyskusji pojawiała się jak mantra postać Sławka Nowaka, który akurat nie jest z mojej politycznej bajki, ale trudno odmówić mu braku skuteczności politycznej. Owszem, nie sądzę, żeby znał się jakoś dogłębnie na transporcie i gospodarce morskiej, ale szczerze to nie wydaje mi się, że koniecznie musi się znać. Wydaje mi się, że w tej roli dużo bardziej potrzebne są umiejętności negocjacyjne i ‘delearskie’, które, całkiem możliwe - sądząc po jego karierze, że już posiada. Jeśli będzie jeszcze potrafił otoczyć się ludźmi mądrzejszymi od siebie, całkiem możliwe, że sobie poradzi.

Ważna ewolucja pokoleniowa

 Moim zdaniem najciekawsze w tym rozdaniu jest to, że w dużej mierze mamy do czynienia z rządem 30- sto i 40- latków. I to wcale nie chodzi o to, że posłanka Mucha mówi po angielsku, co akurat powinno być jakimś absolutnym kryterium minimum wyboru ministra w rządzie kraju Unii Europejskiej. Istotnie uważam, że ta ewolucja pokoleniowa daje nam na starcie zastrzyk energii, entuzjazmu i świeżego spojrzenia. To ludzie głodni sukcesu i z apetytem na życie. To ludzie wychowani w innej kulturze, w innych realiach i wśród innych wyzwań. Nie próbuję koniecznie odsyłać wszystkich z metryką 40+ na zieloną trawkę, i dobrze, ze jest Borusewicz i  Mazowiecki i wielu innych doświadczonych ludzi w polityce, ale już dawno potrzebowaliśmy przewietrzenia salonów (choć powrót Millera i tysiąc innych rzeczy o tym nie świadczy - zgoda). Co najważniejsze jednak, w sytuacji, kiedy na świecie i w Europie mamy do czynienia z wyraźnymi głosami niezadowolenia (buntu) młodego pokolenia, ze sporym wyizolowaniem młodych ludzi z procesu politycznego, z dominującym poczuciem, że polityka i politycy są w rękach starych elit, powołanie młodych ministrów daje nadzieje na to, że głos młodych Polaków ma szansę być istotnie lepiej słyszany i rozumiany. Młodzi ministrowie, mają w moim przekonaniu, istotne zadanie, którym jest zrobienie wszystkiego, aby włączyć młode pokolenie w proces polityczny - to które nie chodzi na wybory i w polskich realiach na dziś jest 'obokpolityczne'. Jeśli im się to uda, Tusk zdobędzie całkiem niezłe zaplecze poparcia dla swoich reform. Odwagi zatem.

Thursday, 10 November 2011

Odważna wystawa ‘Obok’ w berlińskim Martin-Gropius- Bau pod opieką kuratorską Andy Rottenberg, świetna retrospektywa Wilhelma Sasnala w londyńskiej Whitechapel Gallery, wreszcie bardziej konserwatywne, choć spektakularne turnee krakowskiej Damy z Łasiczką to tylko fragment jesiennej ofensywy kulturalnej Polski na europejskich salonach. Po dobrym Polska Year! organizowanym przez Instytut Mickiewicza, Polska kultura znów ma szansę zaistnieć społecznym odbiorze. Czy to oznacza, że wreszcie Polish Story będzie opowiadać o czymś więcej niż pierogach, hudrauliku i Janie Pawele II? Zapraszam już do dyskusji i już wkrótce na bloga.

Thursday, 3 November 2011

Ortalionowy namiot na salonie. Lista grzechów głównych demonstrantów sprzed Św. Pawła

Po tym jak przez cały tydzień pojawiały się głosy o zbliżającym się siłowym rozwiązaniu problemu sunięciu namiotów demonstrantów sprzed Katedry św. Pawła w Londynie, ruch protestujących odniósł niespodziewany sukces. Korporacja londyńska, która zarządza londyńskim City, zapewne w obawie przed obrazami policji usuwającej pokojowe zgromadzenie sprzed świątyni, pozwoliła demonstrantom zostać na miejscu aż do Nowego Roku. Protesty, zupełnie niezamierzenie,  zmusiły też podzielony Kościół Anglikański do zajęcia jednoznacznego stanowiska  - nie tylko w sprawie samego obozu u stóp najważniejszej londyńskiej świątyni - ale w sprawie potępienia ‘niektórych najbardziej ekstremalnych praktyk neoliberalnych’. To całkiem dużo, jak na ruch, który media nazywają ‘obozowym festiwalem, którego uczestnicy nie mają nic innego do roboty’. 

Tymczasem media konserwatywne (murdochowskie i nie tylko) oraz konserwatywni politycy do znudzenia powtarzają te same argumenty, które w swojej próbie zdezawuowania protestu ‘racjonalnymi’ argumentami, pokazują jak bardzo przywiązane są do bronienia status quo w sposób pozbawiony cienia krytycznej refleksji. Lista argumentów, której używają jest ciężka i niezwykle imponująca intelektualnie:

Po pierwsze, ruch Occupy London, w swojej krytyce kapitalizmu, a w szczególności systemu bankowego, nie proponuje żadnych konstruktywnych rozwiązań. Demonstranci sprzed katedry nie przedstawili żadnego ‘koherentnego’ (coherent - to ulubione słowo mediów) planu reformy globalnej gospodarki neoliberalnej i nie ‘wyartykułowali’ (articulate - jw) jednoznacznego manifestu programowego. Serio? No nie, to skandal! Całe szczęście, że jesteśmy w rękach panów z Goldman Sachs, którzy dokładnie wiedzą jak sprawić, żeby nasz świat był lepszy. A pomoże im w tym Sarkozy i Merkel, którzy rach ciach mają pomysł, receptę i plan.

Po drugie, jak to możliwe, że ci ludzie z tego ‘festiwalowego obozowiska’ w ogóle mają czas na demonstrowanie? Jak to możliwe, że nie są w pracy? Czyżby nie pracowali ciężko na swojego bonusa (tak jak ‘my wszyscy’ - doprawdy dziwi mnie ta symbioza prawicowych dziennikarzy z interesami bankierów)? A może w ogóle nie mają pracy? A jeśli nie mają pracy, to w ogóle dlaczego warto byłoby ich słuchać? Ludzie, którzy nie wiadomo z czego żyją! To muszą być wakacje jakichś hipsterów. Na dodatek, o zgrozo, okazało się, że część demonstrantów nie śpi w namiotach, a cześć z nich wychodzi z obozu w ciągu dnia załatwiać swoje sprawy - odprowadzić dzieci do szkoły, zapłacić rachunki za prąd, pójść do pracy czy na spotkanie. Inni demonstranci za to, pracują na miejscu w swoich namiotach. ‘O jaki skandal’ - wykrzyknęły media - czy można demonstrować ‘na pół etatu?’. 

Po trzecie ten cały ruch działa jak jakaś podejrzana komuna! Mało tego, to okropne obozowisko ze swoimi ortalionowymi namiotami ‘zakłóca’ (disturb) harmonię przestrzeni publicznej i pewne jednak konwenanse społeczne. Coś co estetycznie nie wygląda dobrze, nie ubiera się w garnitur i nie podpiera się wizytówką żadnej ‘szacownej’ instytucji nie tylko jest nieładne, ale też nie może być przecież poważne. Nie ma tam żadnej hierarchii i wszyscy współuczestniczą w decyzjach. No słowem, nie wiadomo jak to coś ogarnąć. Taki różowy słoń na salonie, którego nie da się zignorować, a nie wypada traktować poważnie. I jeszcze na dodatek nie ma się do czego przyczepić - obóz ma własny system sortowania śmieci, latający uniwersytet, i wielowyznaniowy namiot i korzysta z nowych technologii, o których nie słyszano w The Evening Standard.
Nie próbuję tutaj twierdzić, że wszyscy (jak ja - nie ukrywajmy) powinni lubić ruch protestu i widzieć w nim szansę na zmianę świata na lepsze. Postuluję jednak o choć nieco więcej niezależności i intelektualnej refleksji w formułowaniu krytycznych opinii. Więc, jak powiedział Borisa Johnson, burmistrz Londynu, do demonstrantów, chciałoby się rzec przede wszystkim do konserwatywno - liberalnego establishmentu - move on!


Photo by: Andrew Winning/Reuters