Thursday, 12 April 2012

Witamy w świecie iluzji, czyli o kampanii na rzecz 'legalnej kultury'

Photo by graphia, CC-BY licence
Rusza właśnie kampania społeczna, w której Borys Szyc oraz Danuta Stenka informują widza w kinie, że właśnie ogląda legalny film. Swoją akcją chcą zachęcić 'publiczność' do korzystania z legalnych źródeł kultury.  Czyli, że już nie wystarczy, że zapłaciłam 30 zet za bilet. Jeszcze dodatkowo za moje (publiczności) pieniądze dowiaduję się, że przyszłam do kina na legalu. Bomba.

Kto mówi do kogo i w czyim imieniu

Poszłam dziś na wielką bombkę medialną 'launchującą' kampanię Fundacji Legalna Kultura na temat legalnej kultury. Na sali zatrzęsienie rodzimych gwiazd od Zbigniewa Zamachowskiego po zespoły muzyczne, których nazw (przepraszam) nie pamiętam oraz firmament polskich mecenasów kultury przez duże K w osobie Agnieszki Odorowicz. Jak również grono naprawdę (przysięgam) świetnych ekspertów, doświadczonych przedstawicieli rządu i akademii. Oraz mniej więcej 16 różnych kamer, bo kampanię - suprise, suprise wspierają medialnie wszyscy możni świata mediów - wszystkie telewizje i wszystkie liczące się media papierowe. 

I jestem jeszcze ja (i kilku moich znajomych), przedstawiciele 'publiki', do której owa kampania jest skierowana. I czego się dowiaduję? Że Fundacja Legalna Kultura, z budżetem 3,5 miliona na działania, chce przekonywać mnie, że legalna kultura jest w porządku. Jasne, że jest w porządku. I nie muszę mieć do tego żadnych badań, żadnej kampanii ani żadnego podziękowania z ust Borysa Szyca. No naprawdę, każdy, nawet ten okropny pirat, zgodzi się, że of course, dobrze by było, i fajnie jest jak kultura jest legalna. Tylko, że zupełnie nie tutaj leży problem, z którym się dziś mierzymy. 

Do kogo należy kultura i kto ma 'patent' na jej tworzenie?  

Pierwszy mój kłopot polega na tonalności całej kampanii i jej koszmarnej elitarności. Zapraszając gwiazdy i wielkie media do wsparcia kampanii, jej twórcy nieuchronnie konserwują wizję kultury jako dobra rzadkiego, dobra elitarnego, dobra, który może tworzyć oświecona mniejszość na rzecz ciemnej większości. Nic więc dziwnego, że twórcy kampanii, fukcjonując w takim elitystycznym paradygmacie, widzą siebie prawie jak misjonarzy, którzy próbują nawracać nas, tępawą publikę, do kosumowania 'treści', które szanowni państwo z Legalnej Kultury w swojej łaskawości nam zaprezentują. No i jest i bonus. Uczestnicząc w tej, nie bójmy się tego słowa, PRAWDZIWEJ kulturze, doznajemny swoistego rodzaju nobilitacji. Czyli już nie, że po prostu idę do kina - ale, że mogę dotknąć, choć na moment, tego pięknego lepszego świata 'legalnej kultury'. 

Czułam się trochę jak na obiedzie czwartkowym u Księcia Poniatowskiego. No bo cholera - zaczynając od Benedict poprzez Kroebera, Kłoskowską i innych a na Banksym kończąc, wiemy, że kultura nie należy do elit. Kultura należy do wszystkich. Czyli nie tylko do pani Odorowicz, ale również do pani Frani, która wyszwa wzory kurpiowskie i pana Kazia, który tatuuje smoki i serca przebite strzałą. Kampania, która więc dziękuje 'publiczności' za uczestnictwo w legalnej kulturze jest zgoła aroganckia. Bo zawłaszcza ją tylko dla wielkich i możnych tego świata. 

Rewolucja technologiczna tak naprawdę niewiele zmienia w rozumieniu kultury. Ona po prostu ją jeszcze bardziej demokratyzuje. Przede wszystkim, o zgozo, demokratyzuje słowo artysta. Daje możliwości zaistnienia tym mniejszym, tym nieznanym, tym, a fe - 'niezaopiekowanym' przez wielkich wydawców i dystrybutorów.  A z drugiej strony, i to już całkowita tragedia, daje publiczności nieskończoną możliwość wyboru. Czyli, że może być teatr telewizji, ale może być i zremiksowany mięsny jeż albo też filmik nieznanej panny H z Gorzowa. I mamy mały dramat. Bo jak to możliwe, że ten ciemny uczestnik,  a być może i pirat, daje sobie radę bez szczodrobliwej reglamentacji pani Odorowicz?  Albo bez mecenatu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego? 

Rozpoczęta więc kampania Legalnej Kultury znów robi to, co 'elita' lubi robić najbardziej. Traktuje ciemny lud z pobłażliwą życzliwością ( Odorowicz: 'indywidualnych użytkowników konsumujących nielegalne pliki nie będziemy ścigać') i łaskawie oświeca nas reglamentowaną 'legalną kulturą'. 

Get real, czyli o czym NIE mówi kampania, a czym powinna mówić 

Prawdziwych problemów, zręcznie pomijanych na dzisiejszej 'uroczystości' jest bez liku. Problem w Polsce polega na tym, że z tych formalnych źródeł kultury korzysta z roku na rok coraz mniej Polaków - w zeszłym roku tylko 13% z nas kupiło książkę, płytę lub poszło do kina. I nie znaczy to, że nie uczestniczymy w kulturze - znaczy to, patrz wyżej, że uczestniczymy w niej inaczej i w inny sposób. Że jakoś tak się dzieje, że coraz mniej potrzebujemy wielkich dystrybutorów, a nawet jeszcze - przez - chwile - wielkich koncernów mediowych.  Kampania 'Legalnej Kultury', nie poruszając realnych problemów - realizuje nie tyle interesy 'kultury' co interesy tradycyjnych dystrybutorów, producentów i 'rozpoznanych' przez nich artystów.

Kolejny problem, o którym nie mówi w głównym przekazie kampania, to realny brak powszechnie dostępnych źródeł legalnej kultury w sieci, które istniałyby nieodpłatnie lub za niewielką opłatą. Cześć i chwała, że Fundacja Legalna Kultura na swoich stronach będzie udostępniać utwory dostępne w ramach domeny publicznej czy upowszechione na licencjach creative commons. Szkoda tylko, że w żadnym stopniu, mając takie środki i wpływy wśród elit, nie przyczynia się do walki o poszerzenie domeny publicznej, nie walczy o otwieranie publicznych, a jednak zamkniętych zasobów kultury i nie promuje niskopłatnych modeli korzystania z treści. Łatwiej jest trąbić o legalnej kulturze, a trudniej wykonywać mniej spektakularną, codzienną pracę na rzecz umieszczania lektur szkolnych w publicznej domenie czy przekonywanie publicznych instytucji kultury jak muzea i galerie, że ich zbiory są dobrem nas wszystkich i powinny być udostępniane w sieci nam wszystkim.  Taka mrówcza praca od lat jest wykonywana  przez organizacje pozarządowe, przez zapaleńców - wolontariuszy czy loklalne ośrodki kultury - bez akcji w stylu glamour.  Ale o tym Kampania Legalnej Kultury nie mówi. 

Wreszcie, na koniec, problem polega w niedostosowaniu prawa autorskiego do realiów cyfrowego społeczeństwa i cyfrowej ekonomii.  O tym również kampania Legalnej Kultury zapomina.  Owszem, pojawiają się zdawkowe słowa o konieczności reformy, ale tylko Igor Ostrowski z MAiCu powiedział, że myśląc o prawach autorskich potrzebna jest umowa społeczna - czyli taka konstrukcja prawa - które chroni nie tylko interesy wielkich artystów przed duże A,  ich producentów i dystrubutorów - ale, która rozpoznaje interesy, prawa i style życia współczesnych użytkowników kultury. 

Na koniec wypada mi chyba tylko podziękować twórcom Legalnej Kultury za prawdziwie bajkową kampanię. Bajkę o tym, jak coraz bardziej samozwańcze elity kulturalne w Polsce widzą swoją rolę i swoją misję - wzruszającą historię o tym jak garstka pięknych i bogatych chce oświecić nieoświecony lud. Jeśli ktoś lubi świat iluzji - polecam. 

*tekst wyraża osobiste poglądy autorki, nie jest oficjalnym stanowiskiem miejsca pracy, które reprezentuje. 

Thursday, 29 March 2012

Nie w moim imieniu.


Czy internet może przynieść odnowę reprezentacji?

Nic tak nie denerwuje mnie jak ktoś wypowiada się za mnie beze mnie i w moim imieniu i robi to bez żadnej konsultacji. A już najbardziej jak robi to piędziesięcioparoletni działacz związkowy pod kancelarią premiera. Szkoda, że się za mnie nie ukrzyżował.

Ci panowie mnie nie reprezentują

Rzadko krzywię się na widok protestujących grup społecznych - mogę nie zgadzać się z przedmiotem protestu, ale to ich święte prawo walczyć o swoje i bronić swoich grupowych interesów. I dopóki sytuacja jest w ten sposób wyartykułowana i ktoś przyznaje, że to jego grupowe interesy a nie narodowe dobro to nie mam z tym jakiegoś wielkiego problemu. Nawet jeśli akurat polski ruch związkowy nie należy do moich ulubionych.

 Jednak reforma, przeciwko której dzisiaj protestują dotyczy ich zdecydowanie mniej panów z wąsem pod KPRM- em niż mnie. I oni o tym wiedzą. Więc protestują za mnie. No i mamy dosyć  niezwykły to protest, w którym związkowcy twierdzą, że walczą w moim podwójnym imieniu  - mnie jako 'młodego pokolenia' oraz mnie jako 'kobiety'. Więc chciałabym niniejszym powiedzieć, że ja dziękuję, że ja dłużej popracuję. Również na ich emerytury. Tylko, niech już mnie Pan Duda dłużej nie reprezentuje.

Nikt nas nie reprezentuje

Tymczasem, w zupełnie innym gronie,  bez pana Dudy,  toczyła się w poniedziałek w Fundacji Batorego dyskusja o 'młodym pokoleniu' (również, bez udziału młodego pokolenia, co prezesowi zostało wypomniane), a w szczególności o młodych 'Aktawistach' - o tym takiego się stało, że młodzi Polacy nie protestowali, kiedy likwidowano OFE, a obudzili się kiedy uchwalano ACTA (pisałam o tym już kiedyś już tutaj a relacja z debaty, która pojawi się tutaj, więc nie będę się powtarzać).

Wątek, o którym chce pisać,  pojawił się sporadycznie, ale dotyczył problemy reprezentacji właśnie. I rację miała, moim zdaniem, Dudzińska, która odpowiadała z sali panelistom, że ACTAwiści polscy występowali jako 'no logo',czyli bez organizacji bez afiliacji, nie bo są 'niewinni' czy rozmemłani, ale   ponieważ bali się zawłaszczenia. No jasne. Jasne, że bali się, pęczków Palikotów, którzy ich protest przekształcą w swój protest i zaprezentują ich tak, że przestanie być ważne o co walczyli in first place, a, na koniec dnia, przekształci się w demo na rzecz odsunięcia Tuska. Dudzińska podsumowała dewizę ruchów przeciw Acta jako 'nikt nas nie reprezentuje i nie legitymizujemy nikogo'.

Smolar mądrze podchwycił jej ideę mówiąc, mówiąc o tym, że potrzeba 'odnowy reprezentacji' była cechą charakterystyczną właściwie wszystkich ruchów protestu - od arabskiej wiosny, przez occupy aż po polski ruch stop Acta.

Nic o nas bez nas: czy cyfrowe społeczeństwo może zrealizować utopię pełnej reprezentacji?

Istotnie, żyjemy w świecie, w którym coraz bardziej nikt nikogo już nie reprezentuje - a raczej, w którym instytucje tradycyjnego świata przestają reprezentować centrum aktywności życia społecznego.  Co roku coraz mniej ludzi uczestniczy w wyborach parlamentarnych. Tradycyjne organizacje, które powstawały po to, żeby reprezentować wielkie interesy klasowe lub grupowe -  partie polityczne czy związki zawodowe - przestają być relewantne - nie tylko w Polsce ale i wszędzie.  Ludzie są gdzie indziej. Narodowe media, które do tej pory zapewniały  podstawowe wspólne curriculum - uczestnictwo we wspólnym świecie znaczeń, wyobrażeń i wydarzeń, znikają na naszych oczach - każdy czyta tylko to co chce i szuka tego co chce (o kryzysie tradycyjnych instytucji  i charakterstyce nowych pisałam tu ). To nie jest tak, jak chciał pan prof. Koseła na debacie w Batorym, że 'młodzi ludzie uciekają do internetu i trudno ich badać'. To jest raczej tak, że ten tradycyjny świat instytucji - społeczno politycznych odpływa od tego, gdzie jest podstawowa aktywność życiowa ludzi, a prof. Koseła odpływa wraz z nim.  I przestaje być relewantny.

Zadziwiające jest to jak bardzo w tym 'nowym' świecie rolę tych 'starych instytucji' przejmuje - z (chwilowego?) braku lepszych modeli - serwis komercyjny jak Facebook. Racje ma Alek Tarkowski, który mówi, że facebook dziś spełnia funkcje 'nowej' agory. Poszłabym nawet  dalej  -  dzisiaj to facebook jest, paradoksalnie najbliżej realizacji utopi pełnej reprezentacji. Hmmm ...

Najciekawsze pytanie więc brzmi więc tak, jak ogarnąć ten nowy świat nowych instytucji, nowych ruchów społecznych  i nowej reprezentacji ... w taki sposób, że o tak, nic o nas nie stanie się bez nas ... ale jednocześnie ten nowy świat nie wrzuci nas wszystkich w otchłanie chaosu.




Friday, 23 March 2012

Shame, sex and chocolate. Aalaa wants me to observe lent

It’s Friday night and I am arriving to the cinema alone. I want to see Shame. Just as I am getting cosy in the armchair I hear the facebook message coming in. It’s Aalaa:

 - Domi!!!!What are you giving up for lent??? Says the message (original punctuation)

 - Sex. I reply. (Absolutely the first thing that comes to my mind given my desire to see this film and given the ‘alone’ status of this evening. My life stinks - is my second thought. Is this a couples only screening? - comes as third)
 - Ah, come on dude, that’s too easy. You are married. Lent is about giving up something serious, like chocolate. - Yemeni princess does not give up.

Now this is brilliant, I think. Not only a Muslim girl corners me wanting to do something utterly catholic, that, I assume, is her rather fancy caprice to bring down her sugar intakes, but also, let’s be honest, she reads me through like an open book.

  I am giving up chocolate, sweets and procrastination!!! - Aalaa exlaims. By this time Michael Fassbender already manages to come in his own shower.

- I hope, I am writing trying not to make any links between Fassbender sperm and chocolate, that procrastination means starring at the mirror - I am writing back in the hope she will get the point. Procrastination means putting things off. Allaa always puts things off. It’s like with giving up sex. Far too easy.

-  Domi! You should give up something you really like. That’s what lent is about - obviously my princess is in the know

By that time Fassbender manages to hunt down a girl in the metro and masturbate himself in the male loo at work. Couples around me exchange the look of superiority. Now, at least I know why they are here

-  I can’t wait for Ramadan darling - I text cheerfully to Aalaa.  I will make her fast and watch Hunger everyday of the fasting. Ah and the The Great Feast.  And perhaps, un peu of Chocolate. Perfectly sweet catholic revenge. 

Thursday, 2 February 2012

13% Polaków jest osobiście zaangażowanych w protest

Ten tydzień znów upłynął pod znakiem protestów w sprawie ACTA, a my w pracy postanowiliśmy zapytać Polaków co myślą na ich temat. Dziś więc tylko na gorąco przesyłam podstawowe wyniki.

Protest to walka o wolność internetu

 Dla młodych Polaków protest w sprawie ACTA to przede wszystkim walka o wolność w internecie Aż 43% zapytanych młodych Polaków w przedziale do trzydziestego roku życia powiedziało nam, że w sprzeciwie wobec ACTA chodzi przede wszystkim o walkę o wolność internetu. Drugą najczęściej wymienianą przyczyną jest niejawny sposób, w jaki rząd prowadził konsultacje - takiego zdania jest 30% zapytanych przez nas młodych Polaków. Badanie nasze nie potwierdza pojawiającej się tezy, że w protest przeciwko ACTA jest buntem piratów niezadowolonych z tego, że państwo ograniczy im możliwość ‘sciągania’ plików w sieci - takiego zdania jest tylko 12 % młodych ankietowanych. 

Poglądy na protest w sprawie ACTA mają charakter pokoleniowy

Wyniki badania potwierdzają pokoleniowy stosunek do protestu. Ludzie powyżej trzydziestego roku życia są dużo mniej skłonni do uznawania, że w proteście przeciwko ACTA chodzi o wolność internetu - takiego zdania jest tylko 28% ankietowanych - aż o 15% mniej niż wśród młodych Polaków. Starsze grupy pytanych dużo częściej przyznają, że nie wiedzą o co chodzi w sprawie ACTA - taki pogląd wyraziła aż 1/3 Polaków powyżej 30 roku życia vs. 14% do lat trzydziestu.

 Aż 13% młodych Polaków jest osobiście zaangażowanych w protest

 Protest w sprawie ACTA zdecydowanie mobilizuje młodych Polaków do działalności obywatelskiej, co jest szczególne istotne w kontekście dotychczasowego niskiego stopnia zaangażowania społecznego czy politycznego młodego pokolenia. Dla większości z nich, aż 53% protest w sprawie ACTA jest na tyle ważny, że aktywnie śledzą rozwój wydarzeń lub osobiście są w niego zaangażowani - ten ostatni rodzaj aktywności zadeklarowało aż 13% ludzi do 30 roku życia. Polacy martwią się, że wprowadzenie ACTA ograniczy im dostęp do kultury przez internet Ponad połowa Polaków uważa, że wprowadzenie ACTA ograniczy ich dostęp do muzyki, filmów i książek przez Internet. Odmiennego zdania jest tylko 31% ankietowanych. Wynik ten pokazuje, że Polacy widzą związek między ACTA a dostępem do kultury. Martwią się, że wprowadzenie ACTA utrudni im swobodne korzystanie z treści kulturowych w sieci. Tymczasem badania nieformalnych obiegów kultury pokazują, że internet jest dla młodych Polaków głównym źródłem dostępu do kultury

Polacy bardziej za zachowaniem darmowego dostępu do kultury w sieci, nawet jeśli oznacza ograniczenie praw autorskich

Większość Polaków, aż 52% w całej populacji jest skłonnych uznać, że zachowanie darmowego dostępu do książek, filmów i muzyki jest elementem swobód obywatelskich i powinno być zachowane nawet jeśli odbywa się z elementem naruszenia prawa autorskiego. Tutaj również pojawiają się jednak różnice pokoleniowe. Takiego zdania jest aż 61% Polaków do trzydziestego roku życia (w tym aż 71% w grupie najmłodszej - do 24 lat) i tylko 48% powyżej trzydziestki. Odmiennego zdania jest 47% Polaków w tej ostatniej starszej grupie.

 O badaniu: * badanie sondażowe zostało przeprowadzone przez instytut MillwardBrown SMG/KRC w dniach 28 - 29.01 na reprezentatywnej próbie 1003 Polaków

Thursday, 26 January 2012

Ruch ‘Nie dla Acta’. Młodzi Polacy właśnie wychodzą na ulicę nie w obronie pracy i płacy, ale w imię wolności Internetu.

Czy rząd swoją arogancją właśnie buduje przeżycie pokoleniowe, którego tak brakuje młodym Polakom? Być może z biernego pokolenia OBOK, stajemy się właśnie aktywnym obywatelsko pokoleniem ANTY.

Jeśli spojrzeć wstecz na 2011 - rok rewolucji, w których młodzi ludzie odgrywali pierwsze skrzypce - od Placu Tahrir po ruch Occupy Wall Street, można uznać, że młodzi Polacy przespali ten moment. Z wielu względów trudno dziś młodym ludziom w Polsce załapać się na ‘rewolucję’. W końcu od małego wmawiano nam, że ktoś inny nam tą wolność wywalczył i jedyne co możemy robić to zrobić z nią coś konkretnego - a najlepiej inwestować w siebie i pomnażać PKB. W tym klimacie młode pokolenie opisuje też raport Boniego Młodzi 2011, który, jak pisałam tu, pokazuje nas jako pokolenie ślepych krówek - które z radością sprzedaje wolność dla małej stabilizacji - w imię i phona, pracy w korporacji i wyjazdu do Turcji na wakacje. W tych rosnących aspiracjach materialnych i lifestylowych raport Młodzi 2011 widzi szansę budowy nowego modelu polskiej wspólnotowości. Nie widzi w młodych potencjału buntu, bo bunt się nam ‘nie opłaca’.

Twórcy raportu opisując ‘młodzież’ nagminnie zapominają jednak o jednym - wyjść poza cyferki, poza warszawski salon i oddać głos tym, których opisują.

Więc właśnie tytułowi ‘młodzi’ przemówili. Witamy w prawdziwym świecie.

A tu na ulicy, właśnie okazuje się, że wbrew założeniom, że ‘głupia publika łyka i łyka’ (Kisielewski) są jednak rzeczy które potrafią nas wkurzyć - i nie jest to brak pracy lub praca za 1200. Ale przemożna arogancja władzy.

Pokolenie OBOK przemawia

Ale po kolei. Z prowadzonych właśnie badań etnograficznych (o których dużo więcej będzie można przeczytać tu) wyłania się nam obraz pokolenia niezbyt chętnego do ‘przejęcia’ pałeczki współtworzenia Polski, o czym tak bardzo marzą twórcy raportu Młodzi 2011. Młodzi Polacy, z którymi rozmawiałam, żyją raczej OBOK. Nie mają wcale oczekiwań wobec państwa. Wiedzą, że państwo niewiele im może dać. Mają to państwo w nosie. Ale mają też nadzieję, że to państwo da im święty spokój. Nie widzą sensu buntu, nie są ANTY. Nie ma w nich (nas) tak obecnego na Zachodzie w pokoleniu naszych rówieśników, poczucia niesprawiedliwości dziejowej. Nie ma też, tak potrzebnego do powstania ruchu społecznego poszczucia braterstwa, wspólnoty i chęci przekroczania poza jednostkowe cele. Do czasu.

Bo to wszystko zmienia się właśnie na naszych oczach.

Kiedy pokolenie OBOK staje się ANTY 

 Jesteśmy świadkami czegoś, co do tej pory uznawaliśmy za niemożliwe. Pokolenie egoistów, pokolenie 1200, pokolenie, które żyje OBOK właśnie wychodzi na ulice polskich miast. I to nie w obronie własnej pracy i płacy a w imię wolności Internetu. Rząd swoimi działaniami w sposób niesamowity zdołał zaktywizować młodych Polaków do aktywności obywatelskiej. Chciałoby się powiedzieć ‘well done’ i napisać instrukcję o tym jak stworzyć aktywnych obywateli w 24 godziny. Być może rząd swoją arogancją właśnie buduje przeżycie pokoleniowe, którego tak brakuje nam, młodym Polakom - być może z biernego pokolenia OBOK, stajemy się aktywnym pokoleniem ANTY. Niesamowite jest to, że arogancja władzy sprawia, że jesteśmy w stanie wyjść na ulicę - nie w obronie jasno zdefiniowanego interesu własnego - pracy, płacy, kasy - wiemy, że tego nam rząd nie załatwi. Moment, w którym rząd wchodzi w coś, co uznajemy za na nasze własne podwórko wolności to jest już ten jeden krok za daleko.


Photo by:  Jaffiche.fr , licencja some rights reserved 
http://www.flickr.com/photos/geoffreydorne/4742252765/

Friday, 20 January 2012

Moral victors after eviction? There could not be a better end to the Occupy protest

The City of London Corporation finally won its High Court case to evict protesters from outside the St Paul’s Cathedral. This decision marks a symbolic end to the encampment that has risen in early autumn at the steps of London’s landmark church. But perhaps, it not the worst news for the Occupy movement.

It is worth noticing that just few days ago police evicted another demonstration that has been residing in front of British Parliament for the last ten years - the antiwar protest, whose encampment dates back to pre Afghanistan times. The latter one have ceased to attract public interest and media attention ages ago. With the few old anti- war posters and half of the working tent it has became rather an act of desperation and a tourist curiosity rather than a serious political action. Easy to ignore, easy to dismiss. While Britain has been entering new wars flawlessly.

Such an abrupt end of the St Paul’s protest (that follows the eviction of the camp in Zucotti Park in New York) might actually give the Occupy Movement new fuel for even more robust political action. In a way City of London Corporation could not pay the protesters a bigger favor. Occupy has attracted great media attention and inspired an important public debate - perhaps the most important in the West in a generation. Yet, no - one believed obviously believed that it had tools to reform current capitalism. So, when do you finish the protest when your goals cannot be met? What do you do when the cameras switch off? What do you do when the public is bored to death with the topic? Occupy, like any other street protest, certainly risked loosing the momentum and just becoming a caricature of its own. Now, the forced eviction is a brilliant end to the protest. The sort of end that allows to call a moral victory! Now, in this very act of the romantic defeat Occupy can reinvent itself as new political force - as a new type of movement that joins in the debate using various global, grass - root ways of acting, switching in and off from places, spaces and threads of debate.The eviction from can actually serve as a great founding element for a lasting Occupy narrative.

The decision to evict the protesters of the grounds of ‘becoming permanent’ serves also as important case in the debate about the right of the protest itself in the democratic society. This week’s decision of High Court brings the certain limit to citizens rights to protest. Certainly in the UK. So, one must ask today - when do we have the right to protest? Only, when it does not disturb anyone? When it allows to continue with the business as usual? I used to think that it was in the very nature of the protest to bring the disturbances. But the Daily Mail summed it up for me today: ‘If protesters demonstrate for responsible capitalism, they should be also ready to protest in a responsible way’. Point taken. Next time protesters should also stop displaying poverty and dress more nicely so it does not disturb the right - wing press aesthetics.

Thursday, 12 January 2012

Why Palestinian stories matter ... (to me anyway)

From the university classrooms to the random coffee - shop conversations I always sense the sound of surprise as I try to explain why I, a daughter of a 'Polish soil', with no obvious connection ‘the Palestinian’ decided to research the Palestinian diaspora in Europe. And every time, to my own horror, I find myself incapable of telling (selling?) a sort of ‘personal story’ that would be enough of a statement to justify my research interests. What I can offer instead is to share my journey of curiosity and growing surprise and, at times, anger, which brought me to the position of wanting to give voice to the story of Palestinian exiles. I hope, this brief recollection of my journey will also provide the introduction to some of the main themes and problems which will be emerging as the discussion themes in the context of my research.

But then, who am I to dare to tell other people’s stories? How can I escape from a comfortable position of a friendly anthropologist that comes and just go? Can I?

 [...]

In 2007 I visited Israel/Palestine. Coming from Poland where the memory about the ghettos and forced segregation is so vivid in and lived almost daily, at least in the circles I am part of, it was very disturbing to see the „separation line” between the West Bank and Israel and just accept it. Being attached to the Jewish history and the memory about the Jewish past it was really difficult to come to terms with what was happening at the checkpoints. Remembering streets of Jewish Kazimierz district in Krakow, being brought up on the stories from the Warsaw ghetto, it was really difficult to cope with the Israeli occupation, the settlements, the „Palestinian - free” highways and the ways in which the remaining Palestinians were forced to live as the second class citizens in their own homeland. „Security reasons’ seemed to be the answer that was supposed to silence all the difficult questions. Months later I realised that the village where we stayed at my friends’ house at the Mediterranean sea north of Tel- Aviv used to be a Palestinian village. My dear Israeli friends were rather surprised to learn that we went to Ramallah few days earlier. Later they admitted that they used to have „Arab” friends in the past - not any longer. Months later I realized I was able to see Negev, Jaffa, Safed, Golan and all beautiful hills  and valleys that were now a forbidden land to majority of Palestinians, including my Palestinian friends.

I want to tell stories of Palestinian exiles as I feel I somehow owe it to them. I think it comes from the sense of bitter awareness as a Pole and as a European about our own history and the need to „talk back” to my own history. It comes from the shame about how „Muslims’ today become Jews in the European discourse and how we perhaps do not learn enough from our own past. It comes as a sense of guilt that perhaps I did not do enough to save our Jews so perhaps we should know better this time to save Palestinians. It comes from the nostalgia about my countrie's multicultural past that is for long gone and in the hope that in Europe we will remember where does our richness come from and that it does not come from building the fortress.

Palestinians matter not because they are a sad epilogue to the Jewish recent history. They matter, because they are people, one of us, living next door and still longing for home.

Wednesday, 4 January 2012

Apel o zmianę świętowania Nowego Roku w opłakiwanie Starego Roku

Nowy Rok jako radosne wydarzenie spoglądające w przyszłość w ogóle nie pasuje mi do kodu kulturowego naszego smutnego narodu pogrążonego w melancholii i patrzącego z nostalgią w przeszłość. Porzućmy ten bezsensowny noworoczny optymizm. No bo właściwie z czego tu się cieszyć? Zostawmy świętowanie Nowego Roku innym, a my zajmijmy się wreszcie tym, co do nas pasuje bardziej - opłakiwaniem tego co było.



Dowód pierwszy. Nie ma bardziej depresyjnych dni niż te na początku stycznia

Doprawdy, początek stycznia to zawsze najgorszy okres w roku. Nigdy nie rozumiem dlaczego akurat te okropne ciemne, zimne i szare dni mają być zaczątkiem ‘nowego początku’. I proszę mi tu nie mówić, że to najcieplejszy styczeń stulecia. Nie wiem dlaczego w tych najbardziej pochmurnych dniach w roku mam się zmuszać do rzucania ostatnich przyjemności w życiu i podejmowania nowych nieprzyjemności. W styczniu wszystko jest zawsze na poważnie i na serio - nie ma wymówek w pracy ani wymówek w życiu. Są za to nowe obowiązki, są jakieś ambitne plany i jakieś nowe dyscylpliny, nie ma zmiłuj się i przebacz. Jeśli tak wyglądają nowe początki to ja naprawdę wolę szczęśliwe końce.

Dowód drugi. Wszystko co miłe już było.

Nigdy nie wiem z czego mam się cieszyć podczas noworocznego obiadu u teściów skoro wszystko co miłe już było. Najmilej na jest przecież czekać na miłe rzeczy. A na co tu czekać w styczniu? Na luty? Na lato? Za nami świetlisty grudzień, wielki wspaniały czas bycia ‘pomiędzy’, długich grudniowych wieczorów, kiedy to opłatkowe spotkania umilały czas oczekiwania na święta, a świąteczna atmosfera wypełniała po brzegi wszystkie krótkie dni po kolei. W styczniu przecież nie da się już słuchać ‘All i want for Christmas’ w pracy, a wigilijne smaki, które przed świętami kuszą rozkosznie, stają się nie do wytrzymania. W grudniu wszystko jest pół żartem pół serio, jak we śnie, jak w bajce, jak w tańcu. Styczeń to jakieś beznadzieje lądowanie na betonie.

 Dowód trzeci. Nowy rok, stare dylematy.

Nowy Rok to jedno wielkie kłamstwo, które daje nam (albo tylko ja jestem taka naiwna) jakąś ponurą nadzieję, że nasze życie będzie inne. Tymczasem, piąty stycznia wybija a ja wstaję z łóżka dokładnie z tymi samymi dylematami. I męczę się z tymi samymi niepodjętymi i niepojętymi decyzjami, tylko, że teraz nie mogę już niczego odkładać. Wcale nie jestem o rok mądrzejsza. Jestem tylko o rok starsza. I na dodatek nie lubię liczby 12.


Wyobraźmy sobie jak dużo lepiej wyglądałby Sylwester, gdyby nie był jakimś obłudnym czasem czekania na niby wspaniałe coś nowego tylko opłakiwaniem Starego Roku. Jak pięknie wyglądałyby życzenia o północy, gdyby były życzeniami starorocznymi - wspominaniem tego do było, co minęło i co, stety - niestety, nie wróci. Jak o wiele bardziej smakowałyby toasty ‘na pohybel’ niż ‘na zdrowie’. Wyobraźmy sobie to odliczanie, to machanie do starego roku, który odchodzi i który dobrze znamy, a nie uśmiechaniem się do nowego, którego nie znamy wcale i nie wiemy co przynosi. I nie wiemy czy go lubimy. Zapraszam zatem już teraz na świętowanie starego roku. A tym, którzy jeszcze czują się nieprzekonani proszę o receptę na umilanie stycznia.

 * niniejszy wpis jest efektem spędzenia 12 godzin nad kartką papieru, która powinna przypominać doktorat. Autorka starała się skontaktować z lekarzem lub farmaceutą, ale otrzymała informację ‘do decyzji NFZ’

Wednesday, 28 December 2011

Spędziłam Święta z jemeńską księżniczką

Tegoroczne Święta spędziliśmy w Krakowie wraz z rodziną oraz moją brytyjsko - jemeńską przyjaciółką. Rzecz jasna zaanonsowaliśmy naszej rodzinie, że przyjedzie Ala, ale nikt nie przypuszczał, że przyjedzie Aalaa, która nie tylko nie ma kota, ale też nigdy nie jadła karpia pod żadną postacią. A już tym bardziej nie „in the gelly”.

Całe święta, oprócz tego, że były niezwykle miłe i ciepłe, uświadomiły nam, że jeśli tak spojrzeć „z zewnątrz” to nasze polskie wigilijno - świąteczne tradycje są radykalnie „inne”, a wigilijne smaki z łatwością powodują zawał kubków smakowych u prawdopodobnie każdego, kto nie był od lat niemowlęcych faszerowany karpiem oraz nie uznaje, że burak na ciepło to coś oczywistego. Po tych świętach już wiem, że zanim nakarmię muzułmankę kiełbasą z dzika warto jednak uświadomić sobie, że dzik to mąż świni więc jednak wieprzowina i warto jednak nie wyprowadzać Aalii z błędu po tym jak powie, że „ten indyk jest pyyyyszny”, co nieopatrznie uczyniłam starając się chyba żyć „w prawdzie” w te święta :-) Zaś zgromadzenie o północy w kościele Dominikanów zasługuje spokojnie na miano „the coolest things to do at Christmas” w rankingu Time Outa.

Opłatek. Czy ja mam to zjeść?

Aalaa uświadomiła nam, że ubieranie choinki to prawdziwie miła chwila, sama nigdy wcześniej tego nie robiła. Ja z kolei odwdzięczyłam się opowieścią o tym, że tak naprawdę to nie lubię tego robić odkąd rodzice nigdy nie pozwalali mi wieszać na choince ozdób, które pieczołowicie robiłam w przedszkolu. (Taka mała trauma, ale kocham moich rodziców, więc proszę nie martwcie się psychologowie). Już w domu u rodziców zaczęliśmy wigilię jak zwykle czytaniem z Łukasza o tym jak Józef z Marią, „która była brzemienna”, podróżowali do Betlejem, żeby dać się „spisać”. Przeczytałam też fragment z Koranu, który opowiada o cudownym poczęciu i narodzeniu Jezusa. Koran zresztą mówi całkiem dużo o Jezusie i Marii. Potem było łamanie się opłatkiem. „A co to?” - zapytała Aalaa. No i zaczęło się  - Paweł zasugerował, że to ciało Chrystusa, a ja, że to nie ciało Chrystusa, ale coś co symbolizuje chleb i dlatego dzielimy się tym składając sobie życzenia. Naszą dyskusję przerwała konkretem: „I to się je?” - zapytała rozbawiona. Potem już było łatwo, bo dzielenie się opłatkiem jest w końcu bardzo miłe i piękne. Wigilijny zwyczaj eksportowy.

„Jeszcze nigdy w życiu nie zjadłam siedmiu ryb na raz!”

 Przystąpiliśmy więc do śledzia. Były ich trzy rodzaje, karp w galarecie, do tego sałatka jarzynowa (ooo! Russian salad!) grzybki, chrzany, inne dyrdymałki, no .. i na szczęście łosoś, jedyny, który znajomo mrugnął do koleżanki). Tata zaserwował śliwowicę, ja przy określeniu „plum vodka” zapomniałam dodać, że ma ona 70% i to był pierwszy raz, kiedy Aalaa musiała pomyśleć, że chcemy ją zabić.

Burak na ciepło? Sorry guys ...

Ku naszemu zaskoczeniu Aalaa nie dała rady przebrnąć przez barszcz z uszkami. Inna sprawa, że barszcz moich rodziców, robiony na zakwasie jest pewnego rodzaju wyzwaniem dla każdego. Nawet uszka, nazwane przez nas na potrzeby familiaryzacji sytuacji „dim sum” nie pomogły w pokonaniu szoku, którym dla Aalii okazała się ciepła czerwona zupa. „Nigdy nie widziałam buraka na ciepło! Skąd Wy na to wpadliście? W Anglii jedyny znany burak pod słońcem to burak piklowany w sałatce a i z nim ostrożnie”. Najlepszym remedium na szoki smakowe okazał się łosoś, majonez oraz ugotowane ziemniaki, których całkiem pokaźne resztki trzmaliśmy w lodówce. Aalaa z wrodzonej ciekawości, ale też pewnie nie chcąc nas w niczym urazić dzielnie próbowała wszystkiego, ale po każdym posiłku każdego dnia świąt wracała do swojego standardu - robiła sobie kanapkę z łososiem z majonezem i przegryzając ziemniakiem wyjaśniała : ‚Muszę zneutralizować sobie te Wasze dziwne smaki”. Podobną rolę spełniały świąteczne ciastka zaolziańskie. „Mamy takie w Jemenie” - rozpromieniła się na widok rożków vanilkovych Aalaa. (??!!! :-)))

Prezent

Ten zwyczaj znany jest na całym świecie. Choć nie wszyscy dostają prezent tak piękny i politycznie niepoprawny jak jak ja od Aalii.

Pasterka i inne kościelne hity

Największym przeżyciem dla nas obu była zdecydowanie pasterka, na którą poszłyśmy do Dominikanów. Dla mnie to ważny punkt świąt w Krakowie i przyznam, że nie wiem czy kierują mną pobudki religijne czy jednak wyłazi ze mnie sentymentalne (kołtuńskie?) przywiązanie do tradycji, zapachu mirty, czaru obecności braci zakonnych i chęci poczucia się częścią wspólnoty, zaśpiewania „Bog się rodzi”, przekazania rodakom znaku pokoju etc itd. Dla niewtajemniczonych polecam wejście od krużganków, od tyłu, gdzie rozciąga się wspaniała perspektywa na ołtarz oraz uczestników tej  uroczystości. Obecność Aalii uświadomiła mi tym razem te wszystkie rzeczy ze wzmożoną intensywnością. Obydwie się wzruszyłyśmy bardzo, każda pewnie z innych względów i zostałyśmy do samego końca. „Are ALL these guys with hoodies priests? Some of them seem to be sooooo young. And good looking” - wzdychała. Allaa dzielnie wytrzymała jeszcze z nami na kazaniu Kłoczowskiego w pierwszy dzień świąt i na ślubie kościelnym w drugi. Normalnie jakbym była z misji ewangelizacyjnej. Chyba mam plusa u kadynała Dziwisza.

Obecność Aalii uświadomiła nam, że święta to jednak uczestnictwo w bardzo wyraźnym i odrębnym doświadczeniu kulturowym, z którego na co dzień i zazwyczaj nie zdajemy sobie sprawy. Które tak samo mocno wklucza jak i wyklucza. I nic dziwnego, że tak z nimi (mówię o sobie) czasem ciężko, bo to potężna dawka ładunków emocjonalnych i oczekiwań i ról, w które jednak mimowolnie wchodzimy (przynajmniej ja) i jednak je odgrywamy (to też o mnie), bo jednak gdzieś tam ich pragniemy (i to też). Dzięki Aalii dane nam było w tym roku na te nasze trudne czasem rytuały i kody spojrzeć trochę z zewnątrz i przeżyć to z humorem i trochę z dystansem do samych siebie i tego, co robimy. Taki bufor bezpieczeństwa, który pozwala w te świąteczne fatałaszki wejść z ochotą - trochę poluzować ten sztywny świat tradycji, trochę go przewietrzyć i dzięki temu pokochać na nowo - oczami drugiego człowieka. Aalu, wróć do nas na Wielkanoc!

Post Scriptum

Sms od Aalii ze Złotych Tarasów w drodze na Okęcie: „Zobaczyłam rodzinę arabską i jedna dziewczynka miała nawet chustę ORAZ dwie reklamy z czarnoskórymi ludźmi. To chyba nie Polska!”

Czyli jednak trochę zmieniamy się. Ufff.

Wednesday, 21 December 2011

The glorious year of the powerless?

‘The protester’ might have been elected ‘a person of the year’ by the Time magazine, but it’s a rather gloomy end to the hope of people’s power in which we believed at the wake of the 2011. I wish this year could be remembered as the year when humanity spoke up against the oppression and people’s voice became more powerful than the arms of the dictators. As it slowly comes to the end it’s hard not to feel slightly disillusioned. The only hope that still remains is that it will be remembered not as the year in which the realpolitik killed the grassroot idealism that spread out accross the world.

This year has brought amazing changes to the region that was ‘expected to’ behave and remain locked up and prone to any uncontrolled change of the game. Yet, despite the initial disbelieve about the scope of possible revolutions, the bottom - up people’s protests did spread out across the region and managed to bring down couple of most cruel dictators on the planet. From the streets of Sidi in Tunisia where Mohamed Bouazizi set himself on fire, to the voices on Tahrir Square screaming ‘down with Mubarak’ this year saw the greatest and the bravest resistance against the oppression in North Africa and Middle East and the most radical cry for political change.Yet, as the year comes to the end we hear more and more from the troubled cities of Homs and Homa in Syria, where the people are tortured daily in fight for their dignity. And when we see how the ‘people’s revolution’ in Egipt is being hijacked by military and the violence spreads on the streets of the Cairo its hard not to feel powerless and resigned. 

Meanwhile, not trying to draw any parallels in terms of cause or compare the level of bravery, the bitter - sweet 2011 saw people of the “rich” and “democratic” world standing up to the way in which the West is framed today: to the rising inequalities, to the current abuse of the capitalism, to the political institutions that no longer speak in their name. Most of these protests have been terribly misrepresented. The July “riots” in London ended up being framed as the ‘protest of spoiled kids wanting better TV sets‘. The Occupy movement has been defined as the ‘incoherent’ cry of the generation that will never have better life than their parents and fall into ‘brand Marks' having lost their chance to work 'like everybody else' and shut up. When I see how much the politicians, media and the elites have conveniently preferred to dismiss the protests and how much the bankers got away yet with their Christmas bouses once again and how much Merkel and Sarkozy remain the ‘survivors’ of Europe with their little steps policy  - it’s hard not feel powerless. And resigned.

Yet, there are few sparkles which clear my gloominess.

I believe that the events of 2011 - from Tahrir Square to Zucotti Park to even Blotny Square in Moscow show the emerging new power in the politics. And yes, I am talking about people’s power - unorganized, not institutionalized, grassroots wave of people courage, bravery and desire to change the world they inhibit. All these movements have certainly been very different - with different causes, different motivations and different stories. And yes, many of them have been ignited by the basic lack of means to live a dignified life and not necessarily by the cry for ‘western- like’ democracy. But all of them are united in the fact that they emerge from complete dispersion and operate beyond and across the existing institutions - of power, media and representation. It is not the organized opposition parties that that lead the Arab Spring revolts (like it happend in the late 80 ties in Eastern Europe). It is not the trade unions that speak for the protesters in the West. And it is not traditional media that represent their causes.
We see the rise of the new structures that are pushing slowly the emergence of new world order with new institutions and new actors that enter the world scene.
As much the old and traditional structures of power and privilege remain unshaken in the end of 2011, we see the rise of the new structures that are pushing slowly the emergence of new world order with new institutions and new actors that enter the world scene. With the rise of the spontaneous grassroots local and global activism we see the potential for a new institutional order - both in politics - though the waves of people bottom - up activism, and in society - though the massive rise of new media and new journalism that have been instrumental in giving the voice back to the people - helping them to get get together, get organized and to speak up. These new institutions have very loose structures and almost no hierarchy. Yes, they are vague, dispersed and perhaps still better in pointing failures and pulling down dictators that proposing new solutions for saving the euro. Its difficult to navigate them, but so it is to control them by traditional structures of power. Yes, they might not be tied together for good and forever. But they have amazing power to be flexible and to motivate thousands of people that need nothing to join in, put the pressure on the government and spread the message. And they have amazing power to represent the voices that had remained unheard and silenced cause they were not a good enough story for ‘big press’. These new institutions easily can operate within and across societies, ethnic groups and religions. They are based not on the structure of power and hierarchy, but on the model of openness and inclusivity and interdependence. Sharing is their new currency.
Sharing is their new currency.
So, while people’ s revolutions might be loosing at the end of the 2011 and the picture is gloomy for now it’s perhaps not the last word. Vaclav Havel, the great hero of the Eastern European revolutions and great Czech intellectual, who passed away on Sunday, was writing, back in the late 70- ties, in the essay called ‘The power of the powerless’ that any oppression works only as long as people are willing to live with the lie. When individuals dare to overcome the fear and speak - up and break breaking the rules of the game, the whole system based shakes. Havel was writing of the importance of the maintaing personal sense of freedom, dignity and responsibility that allow to resist oppression despite the overwhelming inhumanity. The events of these year give really new meaning to his words. 2011 has indeed been a year of the power of the powerless. And this is perhaps Havel’s greatest legacy and the hope for future.
2011 has indeed been a year of the power of the powerless. And this is perhaps Havel’s greatest legacy and the hope for future
Photo by: Kemal Yayali, (CC)

Thursday, 1 December 2011

The two mes that meet briefly on the London Bridge train

Every other week I go back to London to my other life. In this other life I do different things and my friends call me Dom. Or Wooden Toys. I have different debit cards for my other life, I use different phone number, read different newspapers and have my own favorites for breakfast. In fact, it almost feels like there are two ‘me’s’ living this weird parallel life.

(I have one husband though - just to preempt all the helpful comments!)

I am really curious about this moment when the transformation from one 'me' to the other 'me' happens. Wish it was like Alice in Wonderland entering the other side ...

But yesterday, like in any other week, I woke up at 4AM which does not quite sound like a fairy - tale. It’s this time of night that makes me feel like my life is actually the most miserable of all lives I could imagine. I feel sick, like every week, and the smell of the taxi doesn't help. By 5AM I reach the airport, where I head directly to duty free to buy a carton of marlboro red for my friend Marine (I don't do lights, she would scream otherwise). The London-Luton sign on the departures screen always makes me uneasy and at that point of the day I start daydreaming about actually going somewhere nice and hot. Nevertheless  I bravely jump into the always random looking pink aircraft.  A bleak thought crosses my mind around ‘I know these set of stewardesses’, and next thing I know is touching down in London. Which I utterly hate.

Ever since I moved to London (and subsequently moved out) I really disliked landing there. There is something really cold and unpleasant about arriving to London no matter which airport it is (well, not entirely true, London City has pretty spectacular approach, but this fancy experience dates back to my past corporate life so does the outdated frequent flyer card that I still use to avoid the queues ). Arriving in London I feel stressed, in a rush and out of place. Always unfamiliar no matter how familiar this journey is. I want back home.

Usually my morning travel from the airport entails taking a train that goes down to the London Bridge Station and than, after changing, further to New Cross. At this time of the day, the train is full of sleepy commuters that are fully immersed into their own worlds, trying to read their kindles, playing with their smartphones or starring at the undefined point of the train. And I stare at them trying to figure out if I am one of them. Or if I would like to be one of them. Or how I miss not being one of them. By that time I have already drunk the skinny latte from coffee nero which I got at the airport and I might have glimpsed through headlines about new cuts announcements made by George Osborne.

When I reach Farringdon (heart of Clerkenwell where we used to live) life in Warsaw already feels like a deep past. When the train enters the Blackfriars bridge and the amazing view of the City emerges to my left and Southbank to the right I always feel ...‘woooh’ - I can’t resist wanting all this to be mine again. Finally, there there is this last bit, when the train goes along the Southwark, very close to offices and houses that have been set in the old docks and magazines. I love watching the life that goes on inside. People sipping their morning coffees, starring at their monitors, talking on the phone and laughing, smoking cigarettes at the emergency exits. Signs of the yet another morning at work. Signs that life has been happening there with or without me. Only by looking at the Shard building that rises in front of my eyes as the train approach the London Bridge Station, I feel the passage of time. It rises taller every time I come.

And this weird transformation between the two ‘mes' must have be happening on this very train. This mixture of nostalgia and smile to my life there. Because, by the time I reach London Bridge, I feel completely ‘in place’. Back in my London skin. And than the sound of my mobile (UK one) takes me away from my dream- like journey. It’s Aallaa ringing to ask me if I think that turkey for the postponed Thanksgiving dinner should be 12 or 14th kilos.  Nice to be back.

I will miss my London life. And this other ‘me’.

Thursday, 24 November 2011

Młody rząd daje szansę na włączenie młodych Polaków w proces polityczny i zbudowanie trwałego zaplecza poparcia dla swoich reform.

Moim zdaniem to potencjalnie najlepszy rząd, jaki Polska ma od ‘89 roku. Ambitne plany reform, zapowiedziane przez Tuska w expose, są w dużej mierze tym co chciałam usłyszeć od premiera mojego rządu. Mało tego, na naszych oczach odbywa się (r)ewolucja pokoleniowa w polskiej polityce, o której marzył jeszcze niedawno Boni. Przecieram oczy ze zdumienia, szczypię się po rękach - i tak, to nadal mój kraj i moja polityka. Jasne, że chciałoby się więcej, bardziej i radykalnie mniej konserwatywnie w sprawach światopoglądowych, ale dalibóg (sic!), jeśli premier zacznie realizować to, co obiecuje, jestem skłonna nie tylko mu kibicować, ale i pomóc w przekonywaniu niewiernych.

Wyleczmy się z chronicznego krytykanctwa

Piszę to z całą świadomością, że zapewne zostanę uznana przez część moich przyjaciół za kompletną idealistkę, a może i nawet naiwną wariatkę. Mam jednak wrażenie, że tak pojawiło się tyle komentarzy krytykujących decyzje Tuska  jakby działa się zwyczajowa w naszym kraju masakra polityczna. Tymczasem z polskiej polityki popłynęły naprawdę są dobre wiadomości i choć nie mamy języka mówienia dobrze o politykach to jednak umiejmy pochwalić, to, co naprawdę można, a następnie twardo rozliczajmy.

 Najpierw ludzie, potem teczki - i to ma sens

 Pierwszy komentarz, na który natrafiłam na facebooku był taki, że premier dobierał teczki do ludzi, a nie odwrotnie. Oraz dalej idące żarty, że premier pewnie żonglował teczkami dobierając ludzi. Serio, to ma być argument? Jeśli o mnie chodzi, nawet jeśli i tak by było, to co z tego? Całkiem dobrze czuję z przekonaniem, że premier ma ludzi, którym ufa i którzy w jego ocenie mają dość talentów i ogólnej kompetencji, że są w stanie się sprawdzić w wielu dziedzinach. Świat staje się coraz bardziej interdyscyplinarny i myślę, że do rządzenia potrzebne są trochę inne kompetencje niż dogłębna ekspertyza w danym temacie. Takie sytuacje powoływania ministrów na różne stanowiska są na porządku dziennym w krajach, na które lubimy patrzeć z podziwem -  w rządzie Blaira Jack Straw był najpierw ministrem spraw wewnętrznych a potem zagranicznych. Ed Balls, najpierw był ministrem ds. dzieci, a teraz jest ministrem finansów w gabinecie cieni. Podobne działa Partia Konserwatywna. Szczerze nie rozumiem argumentów, że ministrem zdrowia może być tylko lekarz, a sportu działacz sportowy. Tym tropem dochodzimy do absurdu, że ministrem kultury mógłby zostać tylko ktoś kulturalny, a ministrem spraw zagranicznych to chyba już tylko ktoś zza zagranicy (tu Tusk całkiem trafił z tą logiką).

Rząd jest polityczny, bo, suprise suprise, to jest polityka!

Kolejny powtarzany argument to taki, że nominacje Tuska były polityczne. No jasne, że polityczne, a jakie miałyby być? Tusk nie powoływał szefa Appla czy Maspexu tylko ministrów rządu RP. Nie wiem czy te komentarze wyrażały marzenie o jakimś rządzie ‘ekspertów’, ale jeśli tak to były one chyba całkiem wyssane z palca. Sytuacja polityczna w żadnym stopniu nie uzasadnia w Polsce rządu ekspertów. W ogóle zresztą nie było o tym mowy. Więc tak i owszem, mamy nominacje polityczne, ale to nie znaczy, że one muszą apriori złe tylko dlatego, że są polityczne. W tej dyskusji pojawiała się jak mantra postać Sławka Nowaka, który akurat nie jest z mojej politycznej bajki, ale trudno odmówić mu braku skuteczności politycznej. Owszem, nie sądzę, żeby znał się jakoś dogłębnie na transporcie i gospodarce morskiej, ale szczerze to nie wydaje mi się, że koniecznie musi się znać. Wydaje mi się, że w tej roli dużo bardziej potrzebne są umiejętności negocjacyjne i ‘delearskie’, które, całkiem możliwe - sądząc po jego karierze, że już posiada. Jeśli będzie jeszcze potrafił otoczyć się ludźmi mądrzejszymi od siebie, całkiem możliwe, że sobie poradzi.

Ważna ewolucja pokoleniowa

 Moim zdaniem najciekawsze w tym rozdaniu jest to, że w dużej mierze mamy do czynienia z rządem 30- sto i 40- latków. I to wcale nie chodzi o to, że posłanka Mucha mówi po angielsku, co akurat powinno być jakimś absolutnym kryterium minimum wyboru ministra w rządzie kraju Unii Europejskiej. Istotnie uważam, że ta ewolucja pokoleniowa daje nam na starcie zastrzyk energii, entuzjazmu i świeżego spojrzenia. To ludzie głodni sukcesu i z apetytem na życie. To ludzie wychowani w innej kulturze, w innych realiach i wśród innych wyzwań. Nie próbuję koniecznie odsyłać wszystkich z metryką 40+ na zieloną trawkę, i dobrze, ze jest Borusewicz i  Mazowiecki i wielu innych doświadczonych ludzi w polityce, ale już dawno potrzebowaliśmy przewietrzenia salonów (choć powrót Millera i tysiąc innych rzeczy o tym nie świadczy - zgoda). Co najważniejsze jednak, w sytuacji, kiedy na świecie i w Europie mamy do czynienia z wyraźnymi głosami niezadowolenia (buntu) młodego pokolenia, ze sporym wyizolowaniem młodych ludzi z procesu politycznego, z dominującym poczuciem, że polityka i politycy są w rękach starych elit, powołanie młodych ministrów daje nadzieje na to, że głos młodych Polaków ma szansę być istotnie lepiej słyszany i rozumiany. Młodzi ministrowie, mają w moim przekonaniu, istotne zadanie, którym jest zrobienie wszystkiego, aby włączyć młode pokolenie w proces polityczny - to które nie chodzi na wybory i w polskich realiach na dziś jest 'obokpolityczne'. Jeśli im się to uda, Tusk zdobędzie całkiem niezłe zaplecze poparcia dla swoich reform. Odwagi zatem.

Thursday, 17 November 2011

All I want for Christmas ... is the pre - Christmas decadence

Since some people (really closed ones) got really annoyed with all my politically inspired posts in which I was uncovering my leftist inclinations, which I could not later neither explain nor defend, this time I decided to write about something that I find utterly pleasurable and that exposes, embarrassingly, my sheer and loving attachment to, what can be actually called the (evil) commercialization of Christmas. I like to call it ‘le Chirstmas decadance’

I actually adore these couple of weeks before the Christmas. The closer it gets the more excited I am and the more I enjoy the glitzy, shimmery atmosphere in which spending money is a quintessential part of the game and there are good weeks of December when I feel I never get rid this slightly drunken feel to everything I do. So here is the short lists of the most cheesy things I really love about this time, which, I realize, will undermine the last bits of my intellectual credentials.

Corporate Christmas Parties: the best ones are definitely the ones in which you need to dress up and act like you hated it. There is actually nothing better than spending half a week at work discussing the outfits and complaining about the need of having to do so. If you are in England, you might be sure, that no matter how ashamed you might feel about your dress - someone, will surely beat you. Few things compare to seeing your boss in a deer outfit. Or your other acting boss completely drunk. Truly Bridget Jones moment.

The ‘festive’ looks of the everyday brands: it all started last week, when in the depth of the morning dawn when was crawling to the St Pancras to catch the train to catch my plane to Warsaw. And than it happened and I saw it and .. it was completely dressed up for Christmas with all the jingle bells in the background, paper cups with deers and red ribbons. And this is when this weird moment of pleasure came. Coffee never tasted to good in Starbucks.

The Christmas shop windows & festive looks of the public spaces: There is nothing better than being in the proper city in the pre - Christmas time. I was always thinking that New York must be nice at that time, but actually London can do easily. Suddenly all the streets you normally might hate become magical ... The only time I enjoy Oxford & Regent Street, where I can watch people doing their ‘Christmas shopping’ (that replaced Christmas as family event long time ago), or appreciate the the Christmas tales told in hundreds of shop’s windows. I especially recommend a walk around City of London and Canary Warf in the early evening - maybe it’s just the beautiful decoration of banks or maybe it’s the smell of bonuses in the air and the absent looks of bakers in their cashmere scarfs.

Ice Skating Rings, ideally in Canary Warf and Sommerset House: there is something totally magic in the fact that it’s cold, you feel it your nose is cold the air that comes out of your mouth and you are still outside, in the public space, enjoying your time with others. And you can’t stop smiling. Never as appealing in January as in December. Lights in the Darkness. As much as it is completely annoying that its dark when you come to work its also dark when you get out of it, I really like stepping out of the office, when it’s dark and to see the candles in the bar on the corner ... drinking Christmas time has amazingly seductive intimate feel.

Christmas commuter drama tales. When you live in London and happen to be from somewhere else, there is a huge chance that you will get stranded in London, because of ‘wrong type of snow’ or ‘snow on the runaway’ or because of ‘we apologize for inconvenience but your service has been cancelled today’. With one inch of snow this city gets completely paralyzed and no - one can go anywhere. That’s where best part begin - translated into million of fascinating personal stories, little dramas of poor people stranded at the airports, train stations or bars. This is where the great friendships start. This is also when Guardian’s Snow Report Blog kicks off - the funniest thing you can read about Christmas.

I could continue the list (including Christmas movies and ads) but I will stop now this embarrassing procedure and try to say what’s wrong with me? I am just completely perplexed with the fact how deeply attracted I am to something that is commercially constructed and has nothing to do with any sort of christian tradition of Christmas.

I really can find only two reasons.

One has to do with liminality - it’s time of waiting, time of in - between. And it’’s quite ironic that it’s waiting for something that we long time forgot about. Nor do we care. But it’s the coldest and gloomiest time of year that we culturally managed to turn into a glamourous time. So it’s not longer about the goal, but the journey, which gives the emotional high. Cause there there might be something ‘out there’ that is waiting for us. The worry is that we build into it so much expectations, that where the ‘real’ thing of Christmas come it can - it can only be a disappointment.

The other reason has to do with the ‘out-of- time’ time quality. It’s the time that exposes our nostalgia for better, different life - more cozy, more together, more joyful. The time that is taken out of context, the time that is taken in converted commas, where you do not treat yourself so seriously. It’s like a fairy tale time, where slightly different rules apply. And we like it this way. January is so depressing.

Finally and this is a third reason.

There is always good to have a reason to have a drink with friends. One of the few things you can’t have on facebook.

Photo By: Library of Congress

Thursday, 10 November 2011

Odważna wystawa ‘Obok’ w berlińskim Martin-Gropius- Bau pod opieką kuratorską Andy Rottenberg, świetna retrospektywa Wilhelma Sasnala w londyńskiej Whitechapel Gallery, wreszcie bardziej konserwatywne, choć spektakularne turnee krakowskiej Damy z Łasiczką to tylko fragment jesiennej ofensywy kulturalnej Polski na europejskich salonach. Po dobrym Polska Year! organizowanym przez Instytut Mickiewicza, Polska kultura znów ma szansę zaistnieć społecznym odbiorze. Czy to oznacza, że wreszcie Polish Story będzie opowiadać o czymś więcej niż pierogach, hudrauliku i Janie Pawele II? Zapraszam już do dyskusji i już wkrótce na bloga.

Thursday, 3 November 2011

Ortalionowy namiot na salonie. Lista grzechów głównych demonstrantów sprzed Św. Pawła

Po tym jak przez cały tydzień pojawiały się głosy o zbliżającym się siłowym rozwiązaniu problemu sunięciu namiotów demonstrantów sprzed Katedry św. Pawła w Londynie, ruch protestujących odniósł niespodziewany sukces. Korporacja londyńska, która zarządza londyńskim City, zapewne w obawie przed obrazami policji usuwającej pokojowe zgromadzenie sprzed świątyni, pozwoliła demonstrantom zostać na miejscu aż do Nowego Roku. Protesty, zupełnie niezamierzenie,  zmusiły też podzielony Kościół Anglikański do zajęcia jednoznacznego stanowiska  - nie tylko w sprawie samego obozu u stóp najważniejszej londyńskiej świątyni - ale w sprawie potępienia ‘niektórych najbardziej ekstremalnych praktyk neoliberalnych’. To całkiem dużo, jak na ruch, który media nazywają ‘obozowym festiwalem, którego uczestnicy nie mają nic innego do roboty’. 

Tymczasem media konserwatywne (murdochowskie i nie tylko) oraz konserwatywni politycy do znudzenia powtarzają te same argumenty, które w swojej próbie zdezawuowania protestu ‘racjonalnymi’ argumentami, pokazują jak bardzo przywiązane są do bronienia status quo w sposób pozbawiony cienia krytycznej refleksji. Lista argumentów, której używają jest ciężka i niezwykle imponująca intelektualnie:

Po pierwsze, ruch Occupy London, w swojej krytyce kapitalizmu, a w szczególności systemu bankowego, nie proponuje żadnych konstruktywnych rozwiązań. Demonstranci sprzed katedry nie przedstawili żadnego ‘koherentnego’ (coherent - to ulubione słowo mediów) planu reformy globalnej gospodarki neoliberalnej i nie ‘wyartykułowali’ (articulate - jw) jednoznacznego manifestu programowego. Serio? No nie, to skandal! Całe szczęście, że jesteśmy w rękach panów z Goldman Sachs, którzy dokładnie wiedzą jak sprawić, żeby nasz świat był lepszy. A pomoże im w tym Sarkozy i Merkel, którzy rach ciach mają pomysł, receptę i plan.

Po drugie, jak to możliwe, że ci ludzie z tego ‘festiwalowego obozowiska’ w ogóle mają czas na demonstrowanie? Jak to możliwe, że nie są w pracy? Czyżby nie pracowali ciężko na swojego bonusa (tak jak ‘my wszyscy’ - doprawdy dziwi mnie ta symbioza prawicowych dziennikarzy z interesami bankierów)? A może w ogóle nie mają pracy? A jeśli nie mają pracy, to w ogóle dlaczego warto byłoby ich słuchać? Ludzie, którzy nie wiadomo z czego żyją! To muszą być wakacje jakichś hipsterów. Na dodatek, o zgrozo, okazało się, że część demonstrantów nie śpi w namiotach, a cześć z nich wychodzi z obozu w ciągu dnia załatwiać swoje sprawy - odprowadzić dzieci do szkoły, zapłacić rachunki za prąd, pójść do pracy czy na spotkanie. Inni demonstranci za to, pracują na miejscu w swoich namiotach. ‘O jaki skandal’ - wykrzyknęły media - czy można demonstrować ‘na pół etatu?’. 

Po trzecie ten cały ruch działa jak jakaś podejrzana komuna! Mało tego, to okropne obozowisko ze swoimi ortalionowymi namiotami ‘zakłóca’ (disturb) harmonię przestrzeni publicznej i pewne jednak konwenanse społeczne. Coś co estetycznie nie wygląda dobrze, nie ubiera się w garnitur i nie podpiera się wizytówką żadnej ‘szacownej’ instytucji nie tylko jest nieładne, ale też nie może być przecież poważne. Nie ma tam żadnej hierarchii i wszyscy współuczestniczą w decyzjach. No słowem, nie wiadomo jak to coś ogarnąć. Taki różowy słoń na salonie, którego nie da się zignorować, a nie wypada traktować poważnie. I jeszcze na dodatek nie ma się do czego przyczepić - obóz ma własny system sortowania śmieci, latający uniwersytet, i wielowyznaniowy namiot i korzysta z nowych technologii, o których nie słyszano w The Evening Standard.
Nie próbuję tutaj twierdzić, że wszyscy (jak ja - nie ukrywajmy) powinni lubić ruch protestu i widzieć w nim szansę na zmianę świata na lepsze. Postuluję jednak o choć nieco więcej niezależności i intelektualnej refleksji w formułowaniu krytycznych opinii. Więc, jak powiedział Borisa Johnson, burmistrz Londynu, do demonstrantów, chciałoby się rzec przede wszystkim do konserwatywno - liberalnego establishmentu - move on!


Photo by: Andrew Winning/Reuters