Tuesday, 4 December 2012

Trzeba wracać do Hebronu. Historie hebrońskie 1/3

Za każdym razem, kiedy słyszę palestyńskie dzieci mówiące do mnie z uśmiechem "Welcome to Hebron" wydaje mi się, że mówią do mnie "Welcome to Hell'. Jak inaczej niż piekłem nazwać miasto, w którego samym środku Palestyńczycy, zmuszeni są wchodzić do swoich domów od tyłu przez drabiny, bo ulice, przy których mieszkają dostępne są tylko dla Żydów? Jak inaczej niż piekłem nazwać miasto, którego medina stała się miastem duchów, bo ponad 1800 arabskich sklepów w samym sercu miasta - zostało zamkniętych i zabarykadowanych, żeby zapewnić bezpieczeństwo 400 uzbrojonym po zęby osadnikom? Wreszcie, jak inaczej niż piekłem nazwać miasto, w którym małe dzieci idą do szkoły w cieniu karabinów maszynowych śledzących każdy ich ruch? Hebron jest jak zły sen. Jak powracająca historia, która miała się już nigdy nie zdarzyć.

Podróż z Jerozolimy do Hebronu trwa Insallah time. Trudno dokładnie określić ile, bo najłatwiejszy sposób dostania się tam to skorzystanie z nielegalnych ‘taksówek’ z okolic Bramy Damasceńskiej. Taksówki te odjeżdżają wtedy, kiedy się zapełnią - za chwilę, za pięć minut, za godzinę. Taksówki te nie są też do końca taksówkami, a raczej prywatnymi samochodami, które, określimy takim terminem - świadczą usługi transportowe. Taksówka izraelska nie może przejechać legalnie przez checkpoint i wjechać do obszaru A pod kontrolą palestyńską, pod którą znajduje się Hebron (z wyjątkiem wspomnianego Starego Miasta). Taksówka palestyńska na zielonych rejestracjach nie może znaleźć się w Jerozolimie, bo Palestyńczycy, nawet jeśli dostaną pozwolenie na bycie w Jerozolimie czy Izraelu w żadnym wypadku nie mogą przyjechać tutaj własnymi samochodami. Pozostaje więc podróż z panami, którzy w pewnym znanym we Wschodniej Jerozolimie miejscu szepczą Al Khalil, Al Khalil, co oznacza Hebron w języku arabskim. Na takie zawołanie mrugam się porozumiewawczo i pan prowadzi mnie do samochodu - czasem jest to mini bus a czasem prywatny samochód. Pierwszy raz robiłam to z duszą na ramieniu. Kierowca, który wyglądał jak wyjęty z lat 70 tych zaprowadził mnie do busa. Czas oczekiwania trwał mniej więcej powtórzone sześć razy ‘za 5 minut’.

Palestyńczycy chodzą tu szeptem. Historie hebrońskie 2/3


Siedzę na schodach jednego z zamkniętych sklepów przy Shuhada street. Czuję na sobie spojrzenia żołnierzy poprawiających spodnie i swoje M16. Mnie obserwują inaczej. We mnie widzą kobietę. Być może nawet człowieka. Słońce praży. Patrzę gdzie indziej.

“Palestyńczycy chodzą szeptem” - zapisuję w notesie siedząc na opustoszałej Shuhada street.

Powybijane szyby, dziury w oknach sprawiają, że ta cisza Shuhady wzbudza niepokój. Jedynie osadnicy z nieodłącznym M16 na ramieniu przemykając swoimi suvami przez opustoszałe ulice mediny przerywają tą ciszę, ale nawet oni nie są w stanie jej zabić.



“Kroki osadników krzyczą” - zapisałam poniżej.


"Nie chcemy pokoju. Chcemy wolności" Historie Hebrońskie (3/3)

Tel Rumeida jest okolicą położoną powyżej Shuhady na wzgórzach. Na samym szczycie wzgórza znajduje się piękny gaj oliwny, do którego mam ochotę pójść i gdzie, mam nadzieję zobaczyć mojego znajomego Idrisa, który podczas mojej pierwszej wizyty w Hebronie mocno skomplikował moje myślenie o Hebronie. Ale dziś nie mogę tam pójść. Wchodzę na szczyt góry...i zatrzymuje mnie żołnierz mówiący, że dalej pójść nie mogę. Jak to nie mogę? Trzy tygodnie temu mogłam? Ale dzisiaj nie możesz. - Ok, rozumiem, ale proszę podaj mi powód? - Nie możesz i już - żołnierz jest coraz bardziej zirytowany i dotyka swojej broni wzmacniając tym samym swój autorytet. Staram się mówić jak najbardziej łagodnym tonem. Rozumiem, co do mnie mówisz, nie pójdę dalej tylko proszę o to, żebyś mi wytłumaczył dlaczego i najlepiej pokazał na piśmie informację o tym, że nie mogę iść dalej. Wzrusza ramionami i mówi, że taki ma rozkaz. To jest teraz strefa wojskowa. Aha, czyli gaje oliwne mojego znajomego stały się dzisiaj izraelską strefą militarną. Próbuję jeszcze zmusić go do pokazania mi rozkazu, ale już wiem, że nic nie wskóram. Dziś nie zobaczę Idrisa, pozostają mi więc notatki z październikowej wizyty:

Sunday, 25 November 2012

It's not all over after the ceasefire. A salute to the #18 bus driver and a personal epilogue.


Since Wednesday's bomb blast we are still banned by our Office from traveling to Tel Aviv or using any Israeli public transportation. Therefore, my only choice of spending my day off o Thursday was either to go Ramallah or Hebron. Strange as it may sound, to both of them I could get with Palestinian transport. Obviously I could have stayed in Jerusalem, but after all - I always feel a deep urge to do something. After Wednesday experiences, where Mohammed and I got caught up in Tel Aviv during the bomb blast and after we found ourselves stuck on the motorway in Ashdod way too close to rockets from Gaza, I decided to take it 'easy' and just go Ramallah. Ramallah is a stone's throw from Jerusalem. But distances, as we learn here, mean nothing for the Palestinian and Israeli twisted geography.

In Ramallah the atmosphere was of a celebration and the city was in a party mode. Clearly the ceasefire has been seen by many Palestinians as a victory or at least a particular way of 'talking back' to the experience of humiliation that many people face every day under Israeli occupation or blockade. Ramallah is crazy and I never quite get it - it's intense, it's messy and it bursts with energy. But also until you know where you are going it makes you feel like you are in a carousel of similar images of shops, coffee bars and food stalls just blurr so it's difficult to differentiate one street from another.

After 90 minutes of wandering I got a call from Mahmoud, my arabic teacher and decided to head back to Jerusalem for an arabic class.

I fall asleep on the #18 bus to the sounds of Mecca preyers broadcasted live on the bus. I woke up to the sounds of bullets. We were stuck just before Qalandia checkpoint next to the Wall with huge Arafat murals. Just in front of us there was a group of around 20 heavily armed soldiers clearly in the 'middle' of their action - shooting, running, screaming.  As I looked back I saw a bunch of Palestinian youth throwing stones. Ah, so here I was, right in the middle of clashes in Qalandia in a first day of 'effective' ceasefire agreement.

My first thought was of a regret that I do not have a big camera. Than, people started leaving the bus - women would hold bits of their scarfs right next to their lips and noses. A light smell of teargas was up in the air. I decided to stay on the bus along few people. Not because I felt brave, mainly because I did not want to give the satisfaction to the soldiers of allowing them yet again to destroy my 'normal' routine. If they start shooting towards us, I will just hide behind the seat - I thought to myself and than I thought I was sick. Keryn called and just told me to take some good photos and call her back. We were taking later how surreal it was. But in a way, living in the occupied territories, you get used to a constant presence of army, police, guns and violence in our life that after a while you just choose to ignore it.

Because this is exactly what was happening in Qalandia - in front of us and on our right - there was a heavy exchange of hostilities between soldiers and teenage boys. On our left, people were selling duvets, pastries, newspapers and coffee - makers with their pop up coffee stalls were brewing coffee observing carefully what was going on. And we were stuck right in the middle of it, just because soldiers decided to put two big stones on the street to stop all traffic. And the traffic is just insane in this place.

And than, out of the sudden, our bus driver, a 30-something man with a long beard just stepped out of a bus and approached the soldiers as if they were not holding guns, as if they were not in the middle of rather scary action. And than, our bus driver (Palestinian of course!) started explaining to the soldiers in a flawless Hebrew : My job is to drive bus and to get these people home. You cannot stop all traffic just because of bunch of kids throwing stones. You cannot punish everyone, just because of some kids. Now please, let us drive - somebody on a bus was translating for me and we were all frozen in fear, respect and admiration. Suddenly, he was taking to them an equal man. Suddenly a Palestinian men would talk to bunch of Israeli soldiers without a slight element of fear. He completely disarmed them. Without a single bullet. He was no longer a victim of an unjust collective punishment. He was a free man reducing the soldiers to the silly executors of disproportional force.

It took us another 20 minutes to finally enter Qalandia checkpoint. It took us another 20 minutes to drive through Qalandia. Wow, your Hebrew is very good from what I could tell ...  - I told him in admiration, which was also supposed to tell him that I was really impressed the way he talked to them. Do you think I am a bus driver?Well no, I am a microbiologist,  I work with Jews, I work in hospital in West Jerusalem. But every afternoon I also have another job as a bus driver to sustain my family. 

As we finally passed Qalandia checkpoint, we drove to a bus stop, where our driver quietly left the asking another man to replace him. He went on the side of the bus and started praying.

After few minutes he was back on the bus and we finally drove off to the preyers from Mecca on the bus TV. Sorry it took us so long today - he said when I was finally leaving. Your probably will not go to Ramallah ever again.  It took us 2 hours 20 minutes to pass the 18 km distance between the two cities.

I went directly to a bar in West Jerusalem, to a place called Shraga just of New Gate. It took me 5 minutes walk to get to the place in which the whole #17 experiences sounded surreal to my Israeli friends, who run the place. Surreal, to the point where your realize people who you talk to do not imagine, do not realize.  Five minutes which make the experiences of occupation completely unknown, unfamiliar, unrelated ...

Meanwhile, this is exactly how the 'back to normal' looks in the occupied territories. The ceasefire might be in effect, Gaza might have dropped from the international headlines, but the quiet, non - reported violence continues on the daily basis, being an integral part of experience of thousands of Palestinians. Everyday.

***
In these 'normalized' experience of occupation -  shots at Qalandia are 'normal' in a strange way normal: a ritual exchange of 'love' between the IDF holding guns and Palestinian kids throwing stones. Rubber bullets and gas cisterns. Like loveletters flying between the parties that cannot get away from this hostile embrace.





Friday, 23 November 2012

Postcard from the seam zone. School as small as a matchbox

At Nabi Samwil primary, the everyday school life looks like any other school. The boys fight over a ball, girls giggle in the corner of the room and the head teacher announces the end of the break far too early. One difference is that the school looks exactly like it’s been taken from a Thom Thumb fairy tale. It is as tiny as a nutshell.

Welcome to the educational reality in this ‘seam zone’ village. Originally located in Nabi Samwil mosque which hosts the Tomb of Prophet Samuel the school had to relocate in 970 by the orders of the Israeli civil administration. Subsequently, part of the mosque was converted into a synagogue and became one of the major attractions for the Jewish religious tourists. Meanwhile the school was moved into the little one room structure that was left by a Palestinian woman who fled to Jordan in the 1967 war. Ever since that time the school was restricted to a single room without any hopes for further expansion. Now this single room serves as a classroom, headmaster’s room and a storage place. As part of military controlled Area C Palestinians living in Nabi Samwil faces heavy restrictions when it comes to building and growth of Palestinian livelihoods, the school is no exemption (see the bracket). It is impossible to obtain a building permit. Meanwhile in the direct proximity of the school grew a large villa full of Jewish settlers wanting to live close to Prophet Samuel Tomb.

Saturday, 10 November 2012

Broken pieces of Abu Laban’s life. Mount of Olives off a tourist trail



Recent wave of demolitions makes us realize how physically temporary lives of Palestinians are. This temporariness seems be in the weird way ingrained in the Palestinian existence. Being born with ‘a Palestinian condition’ means that nothing can be taken for granted, nothing is for sure. Perhaps this is why Palestinian families we meet are so bloody resilient to the terrible forms of displacement they are experiencing. In some cruel way they are prone to dispossession that continues to happen. They are born with the amazing ability to sustain and re - emerge no matter how demolished and framgemnted their lives can become.

But looking at Abu Laban’s destroyed life it is difficult to imagine how he will be able to put together all these broken pieces of his livelihood. 



Tuesday, 6 November 2012

Our friends Nawal and Eid Barakat lost shelters for their animals and food storages





It’s Wednesday morning and I am leaving the office of Polish Representation in Ramallah. Unexpectedly my mobile is full of text messages about the demolitions carried away in Nabi Samwil. We know Nabi Samwil very well. We visit it regularly. It's a Palestinian village situated 10 minutes away from Jerusalem in a so called 'seam zone' - with Palestinians inhabitants trapped inside the Wall unable to get to Jerusalem or Israel.

Nabi Samwil is a place of amazing beauty and every time we go there I am shocked by juxtaposition of its beauty with the brutality of the occupation reality in this area. It feels almost unreal. Palestinian inhabitants of the village face settler attacks on regular basis and are not allowed to build any permanent structures. Their movement is heavily constrained, so while they can enjoy some of the most stunning views of Jerusalem, they have not been there for years. We visit regularly a small Palestinian school in Nabi Samwil and are friends with school’s headmaster. We also visit few families in a village.

“It is Nawal and Eid property that has been destroyed” - I read another text message. 

  

Week of cruelty and despair - Palestinian families of East Jerusalem loose their properties at the hands of the Israeli forces.



In less than a week four families lost their homes or livelihoods in demolitions and evictions and dozens of new demolitions have been ordered. Nobody here knows the answer to the reason for this intensity of this new wave of destruction. Some say that before the upcoming Israeli elections Netaniyahu wants to appease his electorate by proving than he can be even tougher on Palestinians than usually. Other say that Jerusalem municipality has released money for new demolitions before the end of the year. No matter what and why, these are not easy nights for Palestinian families in East Jerusalem and around.

The way demolition and evictions have been executed follow certain path of cruelty and disproportionality. While each of the families that lost their houses and properties deserve to tell their stories separately let me first introduce to some basic methods in which the enterprise of depriving people of their house has been carried away.




 How demolitions are carried away

  • Palestinian families are often not aware of the imminent threat of demolition or eviction. That is either because demolition orders have not been delivered properly or because demolition orders are delivered only in Hebrew in a country where Arabic is an official language. And many Palestinians do not read Hebrew. 
  • Demolitions are carried out at night or early in the morning to make sure that the affected will family be unable to resist and in the most vulnerable mode. They are carried out at night also because the only democracy in the Middle East cares about its own PR. It would be a very bad picture to see how the army destroys a house of an elderly lady or young family with seven kids. 
  • There is a complete lack of proportionality - demolitions look like huge military operations with dozens of police, border police and special forces involved as well as the use of heavy military cars and, of course, bulldozers. Often against light animal structures like in Nabi Samwil. 
  • The affected families are given little or no time to evacuate their properties. While the demolitions are completed people are left alone with the rumbles of their house and belongings. They are offered no compensation and no assistance of any kind by Israeli authorities. What they do receive however is a check for bulldozers’ work. 
  • Victim families need to rely on few aid agencies and NGOs like Red Cross or ACTED are able to offer them immediate relief assistance like shelter, water or food, but certainly unable to provide long term help. Even the aid is not immediate. Families need to wait for UN OCHA assessment and after this has been issued other agencies could work. Sometimes it can be days before help reach the victims.

Read stories about four families that lost their properties this week and see the photographs

Salim and Arabiya Story. Beit Arabyia Demolition in Anata - coming soon. 
Fatma Al Huwa Story. A house taken over by settlers in Al Tur - coming soon. 



Sunday, 28 October 2012

Good morning Qalandia - photostream/ Dzień dobry tu Qalandia - zdjęcia

Dzień dobry Qalandio. Zapraszam do zobaczenia zdjęć pokazujących poranek na 'granicy' (między Ramallah a Jerozolimą) i przeczytania o codziennym trudzie ponad prawie dwóch tysięcy Palestyńczyków przekraczających ten checkpoint w drodze do pracy. Słowo pojawia się w 'cudzysłowiu', bo choć Qalandia wygląda jak granica palestyńsko - izraelska w istocie jest granicą między okupowanym Zachodnim Brzegiem a okupowaną Wschodnią Jerozolimą - czyli jest granicą palestyńsko - palestyńską na palestyńskim terenie zamontowaną przez Izraelczyków 'dla bezpieczeństwa'.   http://www.dombook.blogspot.co.il/2012/10/morning-at-qalandia-checkpoint.html

Here is a promised photostream showing morning rush at Qalandia checkpoint. We did not go there this morning as it's still Eid long weekend, so I had a bit more time to upload the photos. I really recommend to watch them together with reading how things unfold at the checkpoint here; http://www.dombook.blogspot.co.il/2012/10/morning-at-qalandia-checkpoint.html


Tuesday, 23 October 2012

Dzień, w którym Izrael zniszczył mi dom i wystawił rachunek za zburzenie.

Jedziemy do Beit Haniny, podmiejskiej dzielnicy Jerozolimy, żeby zobaczyć dom Sufiana Tahy. A raczej to, co zostało z domu Tahów, który w poprzednią niedziele został zupełnie zburzony przez izraelskie buldożery. Parkujemy przed płotem, wchodzimy do środka ... i przed naszymi oczami staje wielka hałda gruzu i pociętego metalu.

Sufian, który pracuje jako tłumacz dla Washington Post i Guardiana, zapala papierosa i opowiada w szczegółach jak w niedzielę przyjechały wielkie buldożery i w godzinę, a może półtorej na oczach całej jego rodziny, wszystkich sąsiadów i dzieci zburzyły im dom oraz stajnie jego trzech koni. Czy zdążyli zabrać wszystko? Nie, nie zdążyli. W środku zostały niektóre meble. Jeśli straciłeś oko nie martwisz się o okulary - wyjaśnia Sufian. I co powiedzieć człowiekowi, którzy właśnie stracił wszystko? I to nie z powodu klęski żywiołowej lecz oficjalnego nakazu zniszczenia wystawionego przez izraelski sąd.



Do naszych nóg łasi się kudłaty kot. Zabraliśmy ją do rodziców - wyjaśnia Sufian- ale wróciła tutaj. Tutaj jest jej dom. I tak mieszka samotnie w tych ruinach. Widząc skalę zniszczeń i wykorzenienia dziwimy się, że i kot nie dostał nakazu opuszczenia ziemi.

For English check this link

Czytaj dalej/ przycisk read more

Friday, 12 October 2012

It’s Shabbat habibti, wszyscy jedziemy tym samym sherutem a ja tłumaczę Izraelczykom dlaczego ‘lubię tych strasznych Arabów’.

Begamon at Yosi's house. Favorite game
of Palestinians and Israelis.

W poniedziałek po południu wyruszam do Hadery na wieczorne przyjęcie Sukkot u Yosiego w Haderze (nadmorska miejscowość na północ od Tel Avivu, a Sukkot to żydowskie święto). Po drodze kupuję kwiaty dla Rachel, partnerki Yossiego. Odczuwam pewnego rodzaju przyjemność w kupowaniu kwiatów u arabskiego sprzedawcy na Salahadin we Wschodniej Jerozolimie dla kogoś kto ‘jest po drugiej stronie’. Właściwie to powinno być to normalne, ale w tym kraju (w tych krajach) przekraczanie granic kulturowych jest równie proste jak równie trudne.  Tak czy inaczej  wybieram różowe storczykowe kwiaty połączone z granatowym suszonym czymś w rodzaju lawendy (kwiaty będą ważne w dalszej części mojej opowieści).

Pan sprzedawca jest nieco zaskoczony tą kompozycją a już w szczegóności tym, że nie chcę żadnej ozdoby ani błyszczącego papieru. Jak ja to dowiozę w typ upale? - pomyśłałam. Hadera z perspektywy Jerozolimy brzmi jak inna galaktyka, choć to tylko sto kilometrów.  Czekają mnie przynajmniej trzy różne przesiadki. A do tego, Sukkot to żydowskie święto, więc kolejny raz w tym miesiącu nie działa transport publiczny. W teorii. A raczej jeżdżą tylko arabskie sheruty. I taksówki. Za specjalną cenę. Żydowskie święta oznaczają, że z palestyńscy taksówkarze z rozbrająjącą szczerością za każdym razem mówią : it’s Shabbat habibti! 45 Shekels. Mimo, że normalnie jest 30.  Choć czasem Żydzi przydają się do czegoś Palestyńczykom.

Tuesday, 9 October 2012

Good morning Qalandia


It’s 3:50AM when my alarm clock goes off and I feel terrible. Some 20 minutes later Luc and I set off for Qalandia to the sounds of the first muezzin call for prayer this day. As we reach the checkpoint we already see 3 rows of around 20 men praying at the exit of the terminal. They never pray before the entrance, they want to leave the praying after they had left behind hassle of passing through the checkpoint.

I go to the Ramallah side of the terminal. Luc will stay on Qualandia side to count people who crossed. This early in the morning this whole experience makes me sick. The terminal is empty, cold and quite scary. Its still minutes before the sunrise, so the air is still humid and smells of urine coming from the corners of the terminal. 


On the other side, I slowly adjust to the checkpoint reality. There will be more and more people coming in with every minute. I have my little morning routines at Qalandia. I greet the bejgala and zatar seller and do the first round to check how many ID boots are open. At this point of day I have a ritual conversation with one of the sherut drivers. Married? - Yes. Children? - No. Why no children? Than I lift my hands to heaven - Insallah - I say. Where are you from? Bulanda! Bulanda expensive? (always!) Hmm, I don’t know, it depends. How much chicken? - he never gives up. The whole chicken? - Yes. I don’t know about the whole chicken. One kilo of chicken is around 25 shekels.  Cheaper than Palestine - he always exclaims at that point!


Saturday, 29 September 2012

Bedouin party at Khan Al Ahmar - zdjęcia/photos


We are invited to Khan - Al Ahmar Bedouins to take part in a theater performance for kids and adults. As early as 2 hours before the show, just after the sunset, kids start bringing their little school chairs to the top of the hill waiting impatiently for the start of the show. They cannot standstill. It’s not that often that the real artists from the real theater (Jenin Theater) come and visit and perform a show based on their individual, Khan al Ahmar's stories. Stories of suffering, resistance and resilience.


Klan Al Ahmar community is one of the Bedouin communities that we visit regularly. They live in the small camp in the dessert, made of tents and wooden terraces, as close as 20 minutes drive from East Jerusalem. Jahalin Bedouins have been living in this area ever since the early fifties after they had been exiled by Israel from their original homeland in the Negev dessert. Once, Khan al Ahmar used to be a quiet camp surrounded by hills and valleys of Judean dessert. Today the camp is shrinking due to expansion of illegal Israeli settlement of Ma’ale Adumin. They are now stuck between 6 lanes motorway, sewage dump and ever increasing settlement. Even their livestock’s movement is constraint and the animals are not allowed to walk outside the camp to the nearby hills. Apparently, they pose a security threat to Israel.

Thursday, 27 September 2012

Shu'fat camp - zdjęcia. Photos from Shu'fat - Jerusalem's ghetto

Read the full story about Shuf'at camp. Przeczytaj historię o obozie w Shu'fat - gettcie wewnątrz jerozolimy tutaj

Shu’fat. Ahlan wa sahlan w jerozolimskim gettcie



Im Khatib, seniorka rodziny Khatib,
w Shu'fat od ponad 40 lat CC-BY
W każdą środę jedziemy autobusem numer 7 do Shu’fat, obozu dla uchodźców położonego o 15 minut drogi od centrum Jerozolimy. Niełatwo ten autobus odnaleźć, bo nikt nie chce nam uwierzyć, że jedziemy właśnie do obozu w Shu’fat, a nie pobliskiego osiedla dla osadników, do którego jeździ zupełnie nowy i elegancki tramwaj. 

Obóz w Shu’fat kilka lat temu został kompletnie otoczony murem, z którego można się wydostać tylko jednym wyjściem. Wyjście to swobodnie można zamknąc ‘ze względów bezpieczeństwa’ i wtedy Shu’fat staje się jedną wielką klatką. Shu’fat jest otoczony nie dlatego, że leży na jakieś granicy, ale po to żeby odciąć i odizolować to skupisko palestyńskiej ludności od reszty aglomeracji jerozolimskiej. Do Shu’fat wchodzi się przez wielkie metalowe wahadłowe drzwi, jak do więzienia, w którym żyją mężczyźni, kobiety, a przede wszystkim cała masa dzieci. Powstanie muru dookoła obozu jest obecnie największym zmartwieniem dla jego mieszkańców. Większość z nich ma jerozolimskie dokumenty - w końcu od pokoleń tutaj mieszkali, niektórzy nawet w Starym Mieście. Te dokumenty to jedyny powód czyniący życie w Shu’fat znośnym - pozwalają one na legalną pracę w Jerozolimie i możliwość wydostania się z obozu. Od miesięcy jednak mieszkańcy Shu’fat spodziewają się najgorszego. Skoro odcięli nas murem, to pewnie niedługo odbiorą nam też możliwość legalnej pracy i przedostawania się na zewnątrz muru - tę obawę słyszymy w Shu'fat ze wszystkich stron.

Monday, 24 September 2012

I showed my ankle to a grocery seller and I feel exposed

After having spent 3 weeks in Palestine wearing our programme’s vest, long sleeves and and loose trousers I feel completely exposed just by showing lower parts of my legs. I must have reconnected with my feminine me I had left behind. I suddenly feel really uneasy about this reclaimed ‘femininity’ that I show in public. Exposed. Provocative. Naked. 
 
Last week in the midst of the Kate Middleton’s breast crisis I went to an indoor's swimming pool. It was a women only swim hour. To my surprise I found myself surrounded by five ninjas and I was the only one wearing bikini. After a while it became clear that the black dressed nijas are female bodies wearing nothing else but a swim version of hijab - a long black sleeved swimsuit with a very loose maxini on top (an opposition of bikini - I am lacking good vocab here!). Ninja ladies smiled at me and I smiled back proudly thinking how much I actually embrace this cultural diversity and how much the Dutchess of Cambridge royal exposure feels really gross from the perspective of this East Jerusalem YMCA swimming pool. Well, I should have learned from that event. 

Sunday, 23 September 2012

Antyislamski film to woda na młyn wzajemnych stereotypów - głosy ze Wschodniej Jerozolimy

Protesty rozlewające się po krajach muzułmańskich będące reakcją na film parodiujący (czy też obrażający - jak kto woli) Mahometa znakomicie wpisują się w błędne koło relacji Zachodu i Bliskiego Wschodu. Każdej stronie dają świeże dowody w utwierdzeniu się w stereotypowych przekonaniach - że Zachód nienawidzi Muzułmanów, a świat Islamu jest z gruntu fundamentalistyczny. W tym wszystkim na dalszy plan schodzą zarówno niuanse kluczowe dla zrozumienia tej sytuacji oraz sprawy naprawdę ważne dla społeczeństw Bliskiego Wschodu - jak choćby kwestia postępującej okupacji izraelskiej na Zachodnim Brzegu Jordanu, którą od kilku tygodni obserwuję.

Saturday, 15 September 2012

Boycott us all!

Jusuf Daher, a christian Palestinian of
 Kairos Palestine. Views expressed
 in this post are his personal and might not reflect
 views of his organization. 

Voices from the 'End the occupation' movement (2)


"Stop giving us money. The aid system that the Western powers provide to the PA (Palestinian Autonomy) actually normalizes the occupation” says Jusuf Daher, a Christian Palestinian and one of the leading figures of Kairos Jerusalem, the network that facilitates co - operation between different Palestinian and international churches in their struggles to halt Palestinian misery in the Israel/Palestine. ‘The situation right now is terrible. It has never been that bad. But yes, I believe we can live peacefully here together with Jews and with Muslims, like we did for thousands of years’ - ads Daher.

Western aid to PA prolongs the occupation
According to Daher’s view, the foreign aid that PA gets allows to create a completely artificial economy in the West Bank which indeed offers jobs and helps to cover for the basic needs of the population, but at the same time creates the false impression of stability. ‘You cannot run a healthy economy when Israel controls all imports and exports’ - he explains. What is more, Israel,  as the occupying power is mandated by law (IHL International Humanitarian Law) to care for the population under occupation. ‘This means that actually when you pay money to the PA you pay Israeli bills’.

Certainly, there is a humanitarian aspect to it that goes beneath political one. What the aid agencies try to do is to mitigate the results of the occupation and to make life in a West Bank a bit more bearable for the people. Without it, there would be even less hospitals, even less schools and even less jobs. ‘The thing is that at the moment people are more interested in their economic needs than political resistance' - explains Daher. In his view  the PA backed by the Western money actually diverts people from opposing the occupation to focusing on the consumption needs.

Monday, 10 September 2012

Watch out for the Israeli grandma at the checkpoint

Brave ladies from Machsom Watch.
 Hanna Brag (left) and Natanya Ginsburg (right),
 photo courtesy of 
Lea Pakkanen
Voices from the ‘End the occupation’ movement (1)

‘After all we are not doing it  for Palestinians, but to save our soldiers from themselves. They could be our grandchildren!’ - say Hanna and Natanya from Machsom Watch, the group of Israeli women that has emerged in the midst of the second intifada to monitor human violations against Palestinians at the checkpoints. ‘I’ve been doing it because I want to be able to wake up in the night and be able to look at myself at the mirror - reflects Natanya Ginsburg.

For the last 12 years women from Machsom Watch have been out in the field every morning making sure that soldiers do not violate human rights and to help Palestinians to cross the checkpoints in a more human way. For all these years they have been attacked by Israeli mainstream media as ‘self - hating’ group of radicals that ‘had gone out of their mind in the hatred towards the state of Israel’  - recalls Hanna Brag. Looking at these tiny, wrinkled women it’s almost impossible to believe that they have been portrayed as the threat to Israeli security.

Saturday, 8 September 2012

Oczy szeroko zamknięte, czyli czego turysta nie zobaczy w Jerozolimie

Do Jerozolimy można przyjechać, całkiem dokładnie ją ‘zwiedzić’ a jednocześnie nie mieć pojęcia co tu się dzieje. I wcale nie dlatego, że przyjezdni są ignorantami, ale dlatego, że władze Izraela robią bardzo dużo, żeby utrzymać przyjezdnych w błogiej nieświadomości tłumiąc wszelkie dociekliwe pytania mantrą dbania o ‘bezpieczeństwo’. 

Tymczasem pod stopami pielgrzymów - dosłownie i w przenośni - toczy się gra o jedną z najważniejszych stawek tego konfliktu - o to, to w jaki sposób opowiadana jest historia tego miejsca i kto ją opowiada. A stawka jest tym wyższa, bo Izrael rocznie odwiedzany jest przez 3,5 miliona turystów. Poniżej lista takich pozornie małych spraw, których pielgrzym skupiony na odnajdywaniu kolejnych stacji drogi krzyżowej może całkiem zwyczajnie ‘nie zauważyć’.

Monday, 3 September 2012

dombook goes to (east) jerusalem - a postcard from the divided city

Camp of Shufat that was created by UNRWA in 1969.
Inhabitants were exiled from the Old City to erect a plaza
in front of Western Wall (sciana placzu) 
I was wandering through the streets of Jerusalem thinking - ‘wow, I am not a tourist here, I actually live here’. Which sounds amazing, but also carries a sense of ‘impossibility’ to this situation.

The divided city

I can do all the things here that are impossible to do for Palestinians and are rarely exercised by Israelis. Equipped with European passport and looking pretty different I am visibly invisible in this divided city. My difference makes me invisible. I can walk, wander and be pretty much everywhere I like. I can pass through checkpoints freely and I am warmly welcomed in both East and West Jerusalem (ok, perhaps except for orthodox districts). In the Old City Palestinian sellers smiles at me and I at them. Israeli soldiers smile at me and I smile back.

Sunday, 2 September 2012

dombook w drodze do jerozolimy

Jestem na pokładzie Boeinga 737 do Tel - Avivu. Pan pilot trąbi o wysokości przelotowej i temperaturze na zewnątrz. 17 tysięcy stóp i minus 39 na zewnątrz. Same potrzebne informacje. Po mojej prawej tęgie damy w wieku senioralnym, mówiące trochę po hebrajsku a trochę po rosyjsku. Po mojej lewej pielgrzymka z parafii w Kozienicach z plakietkami 'Śladami Jezusa Chrystusa'. I tak przez cały samolot - po jednej aszkenazi wracający z rodzinnych stron, po drugiej pielgrzymi na spotkanie z Chrystusem. Zapach grahamkowej kanapki. Orandż dżus od Hortexu. Lot Polish standard. A pośrodku ja. Choć przemyka mi przez głowę pewnego rodzaju przyłączenie się - ni kuta nie pasuję do żadnej z tych grup.

 I tu właśnie leży problem, z którym chwilowo się borykam. Chwilowo - bo muszę przebrnąć przez granicę.

 Bo tak naprawdę nie jadę do Izraela tylko jadę do Palestyny. Jadę na 3 miesięczny program obserwacyjny, podczas które będziemy (20 wolontariuszmy) raportować i wspierać codzienne zmagania Palestyńczyków na Zachodnim Brzegu i we wschodniej Jerozolimie z okupacją izraelską.  Swoją obecnością na checkpointach będziemy pomagać Palestyńczykom podążającym do szkoły, do pracy czy do lekarza - oczywiście, nie mamy mocy zmieniania tej sytuacji. Ale mamy moc widzenia jej,  patrzenia żołnierzom na ręce i pisania o tym. Będziemy organizować zajęcia dla dzieci w obozach dla uchodźców, będziemy pracować z rodzinami, które zostały pozbawione swoich domów, bo na ich terenach powstały osiedla osadników, wreszcie będziemy współpracować z izraelskimi i palestyńskimi aktywistami w ich działaniach mających na celu ograniczenie uciążliwości związanych z okupacją. Nie, nie będę robić nic złego - ale to coś podobno nie podoba się kontroli izraelskiej na lotnisku

Wednesday, 6 June 2012

Beirut, my unseen love ...

Beirut 2006, Photo by Spencer Piatt, World Press Winner
Nowhere else is the life and death so inseparable and the mixture of different layers of life so intense and so telling. Beirut has become a vulnerable yet tempting promise that different people can live together and overcome the dreadful otherness.

My life is full of 'in - betweeness'. I have replaced the strive for belonging to a place with a sense of placelessness that most of the time  better corresponds with my life. It's not ideal and lonely at times and it does attract me to all these souless liminal spaces like airports. Having said that, there are two places on earth where I feel 'at home' with my 'placelessness'. Two places that speak to me in a very special way. One is London. So that is quite obvious and I will not eleborate on that. And the other is Beirut.

I have never been to Beirut before. In reality, I have a very vague sense of how it might look like. Never really studied Beirut's cartography. I have, a perhaps orientalized idea of its smells, sounds and feel. I imagine the very special light there that is mixed with dust and sea, sounds of muezzins, echos of church bells as well as sounds of expensive suvs and the giggles of well - dressed girls.  

The thing is, that for all those years I longed for it, Beirut has come to represent for me everything I care about. So I carefully moulded the idea of Beirut as a place I belong to in certain way. I lived the idea of the city without really living the city. 

For people even mildly interested in the Middle East it will come as no surprise that my ideas of Beirut come from the writings of Robert Frisk and Thomas Friedman. Also from the works of Robin Wright who first introduced me to the world of Hezbollah. I will never forget his description of Nasrallah who would not stop the speech when he heard the news of his son: 'In Hezbollah we do not save our children for better times. When your son dies your heart might be breaking, but the mission continues".

I have nourished the idea of Beirut also from the great writings of Fawaz Turki, a Palestinian writer who was brought up in the camps that surround Beirut.  His first job as little kid who desperately wanted to get out of the camp life was to steal the wallets and purses of the European guests sipping fancy cocktails on the golden beaches of Beirut's five star hotels. Recently, I've known Beirut from the works of Ras Beirut group of Palestinian artist working in the city. And from the endless stories - told by my dear friends. 

All these accounts are certainly very different. There is countless angles to Beirut. One thing all these accounts share is the fascination with Beirut that falls and rises, that represents unity and dispersal, that for decade has been a place where the grand political interests have been meeting and clashing. 

Beirut has been a magnifying glass of regional and global politics for years. A major scene in the time of Cold War and East  - West division. A place where PLO really emerged and collapsed. A place where the fate of Palestinian exiles turned into globally recognizable cause and, in parallel, a place where Palestinians have been refused their rights for decades and stuck in refugee camps . A place where fame of the US Marines rose and melted. A place of huge demand. A place, which Iran, Syria and Israel and all the big players of the region wanted to shake, control and inhibit. A place that Israeli soldiers romanticized and brutally senslessly smashed like in Waltz avec Bashir. 

Nowhere else is the life and death so inseparable and the mixture of different layers of life so intense and so telling. Nowhere else the chic cafes emerge in the rain of the bombshells.  Nowhere else the desire to live and survive has been so strong and vulnerable. Nowhere else the Grand Press Foto was won by a photo that shows happy bunch in a convertable car in the midst of the bombing. 

In all this war madness, Beirut has also become a promise. A promise that different cultures, different religions, different political sects and different people can co - exist and live together. It has become a living proof that by melting the differences one creates new meanings, new senses and new qualities. It has become a promise that difference is a richness and that the otherness can be overcome. Even if the price you pay is high. 

Beirut has been crossing the borders of otherness  -  achieving at times delicate fragility of peace and later destroying it with force. In the times where borders become so irrelevant in the connected world and at the same time so tight in the growing times of crisis - Beirut stands up as the striking example of ... both actually.

Or at least this is what is my 'idea' of Beirut. On my way to live it.




Thursday, 26 April 2012

Zohra introduces me to the art of modern dating

It's Friday evening and I'm back in London. My friend Zohra (name has been changed subject to my well - known discretion) greets me from her bed.

 'Hey dude. So I just ‘liked’ 132 guys. This is really the best strategy. So proud of myself'
 
'Huh? You did what?' - I am slightly confused although I kind of suspect where this is going.
 
'I told you! - exclaims Z. -  I am on the Guardian Soulmates!' 

Indeed she did. But after having spent a good part of last autumn listening to stories about speed - dating, I solemnly promised myself not to get involved unless I am really forced to. And to abstain from any comments. 


‘I've just lined - up two dates for the next week. Do you think I should do more? I am thinking 3 dates per week would be good, right?'  - asks Zohra.

I am forced to have a point of view earlier than I thought. Three dates a week? Seriously??? What do I know about life? I have been married for three years. In relationship for ages. Honestly ...

‘Listen, if you need your bed back this week ...' - I am trying to be helpful in my own way
‘You are a bitch!’ - Zohra exclaims  ‘Do you think he is hot?’ - she points towards her laptop.

 At this point of time I am encouraged to see around 12 photos of a guy in 12 different positions and locations. A quy and a sunset. A guy without a t - shirt. A guy with his friends. A sporty guy. Cooking guy. A guy smiling cheerfully. And a guy and a helicopter.

‘I really don’t know. I can’t say. I don't know him’ - I say with resignation. Zohra is really not pleased with my answer.
‘Of course you don’t know him!!! But is he hot???'
‘Eeeee. Is there any sort of description? So I can get to know him a little bit better.’
‘OMG, you are really boring. Here you go’.

Apparently, I am missing out a point. I am reading a description and than another one. And then another one. Everybody seems to be in the mode of ‘being interesting’. One guy even writes ‘I easily get bored with uninteresting people’. WTF? ‘Being interesting’ seems to be the new social currency. It seemed to have replaced ‘being rich’ in the demand hierarchy. Which means documentary film - making is high up, so are design and cooking - classes. All those interesting things. However, in - between the lines, the good old smell of money is smuggled in. In the section ‘irritates me’ somebody, poor thing, complains about being ‘ the slave of the mortgage’, another one struggles with finding the right colors to the flat ‘he just moved into’. But, on the surface, its all covered up in the ‘being interesting’ mantra. And being a casual ‘nice boy’ - that likes ‘cooking for friends’ and ‘occasional jumps to somewhere warmer’. Of course.

 ‘Zohra, this is depressing! This is so posed. It's like watching a really staged performace!’
 ‘Of course it is! It’s a game. You don’t understand anything’. - Zohra seems to be quite annoyed with me.
‘But look at this fucker’ - I am pointing towards her laptop - ‘and how he dislikes ‘uninteresting people’ ! How much more shallow can you be? - by now I am really alarmed.
 ‘Good God. You just don’t understand certain codes. I am sure it will also take off also in Poland! For now it all sounds culturally confusing to you’

 Right. So now I am being shown a place in the order. And I am culturally inadequate to grasp the complexities and the codes of the modern dating. I am sensing the tone of cultural superiority and I decide to shut up. By that time Zohra is already studying some new faces of boys.

 'I can’t decide if he’s disgusting- looking or ok - looking' - she hesitates - 'and I’m not asking you again' - she adds.
 'Can't say anyway. Haven't seen his shoes'.
'Shoes? What are you talking about?-  Zohra has given up on me - 'You are useless!'

I am useless. No clue about modern dating. And it sounds like I am missing out a lot. Or not.

Thursday, 19 April 2012

Czytając expose Mazowieckiego dwadzieścia lat później

Dwudziestego czwartego sierpnia 1989 roku Tadeusz Mazowiecki, pierwszy premier niekomunistycznej Polski, wygłosił expose wizjonerskie. Wracając dziś do tamtego tekstu - tak świeżego, tak przewidującego i tak politycznie nowoczesnego, trudno uwierzyć, że istniał wtedy jeszcze Układ Warszawski, że istniała Żelazna Kurtyna, wojska Związku Radzieckiego stacjonowały nad Wisłą a on sam całe swoje życie spędził w komunistycznej Polsce. Szkoda, że to, co pozostało w zbiorowej pamięci z expose pierwszego premiera, to słowa o grubej kresce - element owszem ważny w sensie odcięcia się od bagażu działań poprzedników, ale mniej znaczący w kontekście nowatorskiej wizji, jaką premier wówczas roztaczał.

Po pierwsze - premier wyznaczał jasny i przejrzysty kierunek. Skąd Mazowiecki wiedział co i jak ma zrobić? "Trzeba przywrócić w Polsce mechanizmy normalnego życia politycznego (...) Zasadę walki musi zastąpić zasada partnerstwa" - rozpoczynał. I od razu, niesamowicie precyzyjnie przedstawiał wyobrażenie o tym, jak powinno wyglądać to normalne życie polityczne w kraju. Mazowiecki mówił o potrzebie pluralizmu w polityce, ale również w mediach, o potrzebie wartości, ale również neutralności światopoglądowej państwa, o roli Kościoła - jako ważnego, ale stojącego z boku ‘stabilizującego’ partnera. Twórcy tamtego rządu nie mieli przecież wzorów do naśladowania - standardy ‘normalności’ musieli wyobrazić i wypracować sobie sami, a całe życie spędzili ‘w socjalistycznym eksperymencie’. Jasne - istniały kraje Europy Zachodniej - ale w expose brak śladów mówiących o prostym kopiowaniu modelu zachodniego. Owszem, w słowach Mazowieckiego, istnieje jasne odniesienie do Europy jako naturalnej grawitacji historycznej i politycznej dla Polski - ale wydaje się to być silniej zaakcentowane w sensie wartości - a nie bieżącej recepty na to jak powinna zmieniać się Polska. Skąd u premiera tak pewna i rzetelna wizja tego do jakiej demokracji zmierza - nie potrafię dziś pojąć. Czyta się to expose tak jakby Mazowiecki wiedział o tym, gdzie będzie Polska dwadzieścia lat później.

Po drugie - świadomość tego, gdzie musi zostać ulokowane centrum przemian. Mazowiecki od razu zdawał się wyczuwać, że zmiany systemu nie da się ‘zadekretować’ - że nie wystarczy zmienić fasady, zawiesić nowego szyldu. Wiedział, że zmiana nie przyjdzie też z zewnątrz - że to nie Zachód ‘zrobi’ tą zmianę. Owszem, upatrywał w demokratycznych państwach Zachodu sojusznika - ale to w Polakach, we współobywatelach widział podstawową tkankę zmiany. Mówił wtedy w sierpniu - że kluczowe z perspektywy zmiany Polski jest ‘otwarcie możliwości działań zbiorowych i indywidualnych’. I dodawał: ‘O powodzeniu zadecyduje nasza własna pomysłowość, praca i cierpliwość. Nasz własny wysiłek.’ Bazując na tych słowach, Mazowiecki już wtedy dostrzegał potrzebę ‘współuczestnictwa’ jako podstawowej wartości państwa i społeczeństwa. Owszem, chodziło zapewne również o konieczność przyzwolenia społecznego na reformy - ale czuje się w jego słowach, ze tak naprawdę chodzi premierowi o coś więcej. Zależało mu na zbudowaniu całego nowego modelu państwa opartego na partycypacji i włączaniu ludzi w proces polityczny - na traktowaniu ich jako partnera zmian, jako podmiot w procesie- a nie jako przedmiot, jako bierną publiczność. To pewnie Mazowiecki wyniósł w doświadczenia Solidarności. To słowa wtedy rewolucyjne - ale również dziś są sprawą kluczowo aktualną, fundamentalnie istotną. Dziś proces włączenia obywateli w proces reform, zmian i szerzej w proces rządzenia jest podstawowym wyzwaniem - zarówno dla nas jako społeczeństwa jak i barierą dobrego rządu. Mazowiecki mówił wprost, że obywatele muszą mieć poczucie wolności i bezpieczeństwa, ale też współuczestnictwa. Patrząc na ostatnie wydarzenia polityczne w Polsce - reformę emerytalną, protesty w sprawie ACTA czy choćby nawet na zbliżające się EURO - nie ma ważniejszego zadania dla rządu niż budowanie możliwości współuczestnictwa.

Wreszcie, po trzecie, Mazowiecki miał niezwykłą jasną świadomość powagi reform, jakie czekają Polskę i potrafił zobaczyć kluczową reformę ekonomiczną w szerszym kontekście. Widząc narastający kryzys gospodarczy końca lat osiemdziesiątych - można rzecz jasna uznać, że nietrudno było rozpoznać kryzysowość sytuacji. Mazowiecki w swoim expose zdaje się mówić coś więcej niż tylko reforma gospodarki- potrafi połączyć ekonomię z jej społecznym wymiarem. Potrafi precyzyjnie określić, skutek reform na to, gdzie i kogo będzie boleć i jakie wynikną z tego problemy. Mazowiecki zaproponował kształt gospodarki rynkowej - która jest czymś więcej niż grą niewidzialnej ręki rynku, która jest czymś więcej niż technokratycznym systemem kapitalistycznym. Jak czytam jego słowa dziś, to wydaje mi się, że być może paradoksalne, że takiego właśnie kształtu gospodarki domagają się ruchy protestu skupione wokół Occupy. Tylko nie potrafią tego wyrazić tak precyzyjnie jak premier wtedy. Premier mógłby śmiało zostać guru tego ptorestu. Mazowiecki mówił o drzemiącej w ludziach energii ekonomicznej, którą należy uwolnić oraz stworzeniu takiego systemu, który da ludziom możliwości działania: ‘Potrzebujemy takich mechanizmów prawnych i ekonomicznych, które dadzą ludziom przedsiębiorczym poczucie bezpieczeństwa dla ich działalności i pozwolą wszystkim odnaleźć moralny i materialny sens pracy’. Moralny i materialny sens pracy. To słowa dziś zapomniane. A jednak najbardziej aktualne.

Pamiętam, że jeszcze w czasach Unii Wolności w sporze między Balcerowiczem a Mazowieckim byłam głową po stronie tego pierwszego a sercem po stronie drugiego. Nie rozumiałam o co byłemu premierowi chodzi z tą ‘społeczną gospodarką rynkową’, z tą jego ‘wrażliwością społeczną’. Wydawało mi się wtedy, że to jakieś niepotrzebne zmiękczenia. Niepotrzebne cieniowanie prostych decyzji. Nie rozumiałam, że premier upominał się o człowieka. Głupia byłam.

Thursday, 12 April 2012

Witamy w świecie iluzji, czyli o kampanii na rzecz 'legalnej kultury'

Photo by graphia, CC-BY licence
Rusza właśnie kampania społeczna, w której Borys Szyc oraz Danuta Stenka informują widza w kinie, że właśnie ogląda legalny film. Swoją akcją chcą zachęcić 'publiczność' do korzystania z legalnych źródeł kultury.  Czyli, że już nie wystarczy, że zapłaciłam 30 zet za bilet. Jeszcze dodatkowo za moje (publiczności) pieniądze dowiaduję się, że przyszłam do kina na legalu. Bomba.

Kto mówi do kogo i w czyim imieniu

Poszłam dziś na wielką bombkę medialną 'launchującą' kampanię Fundacji Legalna Kultura na temat legalnej kultury. Na sali zatrzęsienie rodzimych gwiazd od Zbigniewa Zamachowskiego po zespoły muzyczne, których nazw (przepraszam) nie pamiętam oraz firmament polskich mecenasów kultury przez duże K w osobie Agnieszki Odorowicz. Jak również grono naprawdę (przysięgam) świetnych ekspertów, doświadczonych przedstawicieli rządu i akademii. Oraz mniej więcej 16 różnych kamer, bo kampanię - suprise, suprise wspierają medialnie wszyscy możni świata mediów - wszystkie telewizje i wszystkie liczące się media papierowe. 

I jestem jeszcze ja (i kilku moich znajomych), przedstawiciele 'publiki', do której owa kampania jest skierowana. I czego się dowiaduję? Że Fundacja Legalna Kultura, z budżetem 3,5 miliona na działania, chce przekonywać mnie, że legalna kultura jest w porządku. Jasne, że jest w porządku. I nie muszę mieć do tego żadnych badań, żadnej kampanii ani żadnego podziękowania z ust Borysa Szyca. No naprawdę, każdy, nawet ten okropny pirat, zgodzi się, że of course, dobrze by było, i fajnie jest jak kultura jest legalna. Tylko, że zupełnie nie tutaj leży problem, z którym się dziś mierzymy. 

Do kogo należy kultura i kto ma 'patent' na jej tworzenie?  

Pierwszy mój kłopot polega na tonalności całej kampanii i jej koszmarnej elitarności. Zapraszając gwiazdy i wielkie media do wsparcia kampanii, jej twórcy nieuchronnie konserwują wizję kultury jako dobra rzadkiego, dobra elitarnego, dobra, który może tworzyć oświecona mniejszość na rzecz ciemnej większości. Nic więc dziwnego, że twórcy kampanii, fukcjonując w takim elitystycznym paradygmacie, widzą siebie prawie jak misjonarzy, którzy próbują nawracać nas, tępawą publikę, do kosumowania 'treści', które szanowni państwo z Legalnej Kultury w swojej łaskawości nam zaprezentują. No i jest i bonus. Uczestnicząc w tej, nie bójmy się tego słowa, PRAWDZIWEJ kulturze, doznajemny swoistego rodzaju nobilitacji. Czyli już nie, że po prostu idę do kina - ale, że mogę dotknąć, choć na moment, tego pięknego lepszego świata 'legalnej kultury'. 

Czułam się trochę jak na obiedzie czwartkowym u Księcia Poniatowskiego. No bo cholera - zaczynając od Benedict poprzez Kroebera, Kłoskowską i innych a na Banksym kończąc, wiemy, że kultura nie należy do elit. Kultura należy do wszystkich. Czyli nie tylko do pani Odorowicz, ale również do pani Frani, która wyszwa wzory kurpiowskie i pana Kazia, który tatuuje smoki i serca przebite strzałą. Kampania, która więc dziękuje 'publiczności' za uczestnictwo w legalnej kulturze jest zgoła aroganckia. Bo zawłaszcza ją tylko dla wielkich i możnych tego świata. 

Rewolucja technologiczna tak naprawdę niewiele zmienia w rozumieniu kultury. Ona po prostu ją jeszcze bardziej demokratyzuje. Przede wszystkim, o zgozo, demokratyzuje słowo artysta. Daje możliwości zaistnienia tym mniejszym, tym nieznanym, tym, a fe - 'niezaopiekowanym' przez wielkich wydawców i dystrybutorów.  A z drugiej strony, i to już całkowita tragedia, daje publiczności nieskończoną możliwość wyboru. Czyli, że może być teatr telewizji, ale może być i zremiksowany mięsny jeż albo też filmik nieznanej panny H z Gorzowa. I mamy mały dramat. Bo jak to możliwe, że ten ciemny uczestnik,  a być może i pirat, daje sobie radę bez szczodrobliwej reglamentacji pani Odorowicz?  Albo bez mecenatu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego? 

Rozpoczęta więc kampania Legalnej Kultury znów robi to, co 'elita' lubi robić najbardziej. Traktuje ciemny lud z pobłażliwą życzliwością ( Odorowicz: 'indywidualnych użytkowników konsumujących nielegalne pliki nie będziemy ścigać') i łaskawie oświeca nas reglamentowaną 'legalną kulturą'. 

Get real, czyli o czym NIE mówi kampania, a czym powinna mówić 

Prawdziwych problemów, zręcznie pomijanych na dzisiejszej 'uroczystości' jest bez liku. Problem w Polsce polega na tym, że z tych formalnych źródeł kultury korzysta z roku na rok coraz mniej Polaków - w zeszłym roku tylko 13% z nas kupiło książkę, płytę lub poszło do kina. I nie znaczy to, że nie uczestniczymy w kulturze - znaczy to, patrz wyżej, że uczestniczymy w niej inaczej i w inny sposób. Że jakoś tak się dzieje, że coraz mniej potrzebujemy wielkich dystrybutorów, a nawet jeszcze - przez - chwile - wielkich koncernów mediowych.  Kampania 'Legalnej Kultury', nie poruszając realnych problemów - realizuje nie tyle interesy 'kultury' co interesy tradycyjnych dystrybutorów, producentów i 'rozpoznanych' przez nich artystów.

Kolejny problem, o którym nie mówi w głównym przekazie kampania, to realny brak powszechnie dostępnych źródeł legalnej kultury w sieci, które istniałyby nieodpłatnie lub za niewielką opłatą. Cześć i chwała, że Fundacja Legalna Kultura na swoich stronach będzie udostępniać utwory dostępne w ramach domeny publicznej czy upowszechione na licencjach creative commons. Szkoda tylko, że w żadnym stopniu, mając takie środki i wpływy wśród elit, nie przyczynia się do walki o poszerzenie domeny publicznej, nie walczy o otwieranie publicznych, a jednak zamkniętych zasobów kultury i nie promuje niskopłatnych modeli korzystania z treści. Łatwiej jest trąbić o legalnej kulturze, a trudniej wykonywać mniej spektakularną, codzienną pracę na rzecz umieszczania lektur szkolnych w publicznej domenie czy przekonywanie publicznych instytucji kultury jak muzea i galerie, że ich zbiory są dobrem nas wszystkich i powinny być udostępniane w sieci nam wszystkim.  Taka mrówcza praca od lat jest wykonywana  przez organizacje pozarządowe, przez zapaleńców - wolontariuszy czy loklalne ośrodki kultury - bez akcji w stylu glamour.  Ale o tym Kampania Legalnej Kultury nie mówi. 

Wreszcie, na koniec, problem polega w niedostosowaniu prawa autorskiego do realiów cyfrowego społeczeństwa i cyfrowej ekonomii.  O tym również kampania Legalnej Kultury zapomina.  Owszem, pojawiają się zdawkowe słowa o konieczności reformy, ale tylko Igor Ostrowski z MAiCu powiedział, że myśląc o prawach autorskich potrzebna jest umowa społeczna - czyli taka konstrukcja prawa - które chroni nie tylko interesy wielkich artystów przed duże A,  ich producentów i dystrubutorów - ale, która rozpoznaje interesy, prawa i style życia współczesnych użytkowników kultury. 

Na koniec wypada mi chyba tylko podziękować twórcom Legalnej Kultury za prawdziwie bajkową kampanię. Bajkę o tym, jak coraz bardziej samozwańcze elity kulturalne w Polsce widzą swoją rolę i swoją misję - wzruszającą historię o tym jak garstka pięknych i bogatych chce oświecić nieoświecony lud. Jeśli ktoś lubi świat iluzji - polecam. 

*tekst wyraża osobiste poglądy autorki, nie jest oficjalnym stanowiskiem miejsca pracy, które reprezentuje. 

Thursday, 29 March 2012

Nie w moim imieniu.


Czy internet może przynieść odnowę reprezentacji?

Nic tak nie denerwuje mnie jak ktoś wypowiada się za mnie beze mnie i w moim imieniu i robi to bez żadnej konsultacji. A już najbardziej jak robi to piędziesięcioparoletni działacz związkowy pod kancelarią premiera. Szkoda, że się za mnie nie ukrzyżował.

Ci panowie mnie nie reprezentują

Rzadko krzywię się na widok protestujących grup społecznych - mogę nie zgadzać się z przedmiotem protestu, ale to ich święte prawo walczyć o swoje i bronić swoich grupowych interesów. I dopóki sytuacja jest w ten sposób wyartykułowana i ktoś przyznaje, że to jego grupowe interesy a nie narodowe dobro to nie mam z tym jakiegoś wielkiego problemu. Nawet jeśli akurat polski ruch związkowy nie należy do moich ulubionych.

 Jednak reforma, przeciwko której dzisiaj protestują dotyczy ich zdecydowanie mniej panów z wąsem pod KPRM- em niż mnie. I oni o tym wiedzą. Więc protestują za mnie. No i mamy dosyć  niezwykły to protest, w którym związkowcy twierdzą, że walczą w moim podwójnym imieniu  - mnie jako 'młodego pokolenia' oraz mnie jako 'kobiety'. Więc chciałabym niniejszym powiedzieć, że ja dziękuję, że ja dłużej popracuję. Również na ich emerytury. Tylko, niech już mnie Pan Duda dłużej nie reprezentuje.

Nikt nas nie reprezentuje

Tymczasem, w zupełnie innym gronie,  bez pana Dudy,  toczyła się w poniedziałek w Fundacji Batorego dyskusja o 'młodym pokoleniu' (również, bez udziału młodego pokolenia, co prezesowi zostało wypomniane), a w szczególności o młodych 'Aktawistach' - o tym takiego się stało, że młodzi Polacy nie protestowali, kiedy likwidowano OFE, a obudzili się kiedy uchwalano ACTA (pisałam o tym już kiedyś już tutaj a relacja z debaty, która pojawi się tutaj, więc nie będę się powtarzać).

Wątek, o którym chce pisać,  pojawił się sporadycznie, ale dotyczył problemy reprezentacji właśnie. I rację miała, moim zdaniem, Dudzińska, która odpowiadała z sali panelistom, że ACTAwiści polscy występowali jako 'no logo',czyli bez organizacji bez afiliacji, nie bo są 'niewinni' czy rozmemłani, ale   ponieważ bali się zawłaszczenia. No jasne. Jasne, że bali się, pęczków Palikotów, którzy ich protest przekształcą w swój protest i zaprezentują ich tak, że przestanie być ważne o co walczyli in first place, a, na koniec dnia, przekształci się w demo na rzecz odsunięcia Tuska. Dudzińska podsumowała dewizę ruchów przeciw Acta jako 'nikt nas nie reprezentuje i nie legitymizujemy nikogo'.

Smolar mądrze podchwycił jej ideę mówiąc, mówiąc o tym, że potrzeba 'odnowy reprezentacji' była cechą charakterystyczną właściwie wszystkich ruchów protestu - od arabskiej wiosny, przez occupy aż po polski ruch stop Acta.

Nic o nas bez nas: czy cyfrowe społeczeństwo może zrealizować utopię pełnej reprezentacji?

Istotnie, żyjemy w świecie, w którym coraz bardziej nikt nikogo już nie reprezentuje - a raczej, w którym instytucje tradycyjnego świata przestają reprezentować centrum aktywności życia społecznego.  Co roku coraz mniej ludzi uczestniczy w wyborach parlamentarnych. Tradycyjne organizacje, które powstawały po to, żeby reprezentować wielkie interesy klasowe lub grupowe -  partie polityczne czy związki zawodowe - przestają być relewantne - nie tylko w Polsce ale i wszędzie.  Ludzie są gdzie indziej. Narodowe media, które do tej pory zapewniały  podstawowe wspólne curriculum - uczestnictwo we wspólnym świecie znaczeń, wyobrażeń i wydarzeń, znikają na naszych oczach - każdy czyta tylko to co chce i szuka tego co chce (o kryzysie tradycyjnych instytucji  i charakterstyce nowych pisałam tu ). To nie jest tak, jak chciał pan prof. Koseła na debacie w Batorym, że 'młodzi ludzie uciekają do internetu i trudno ich badać'. To jest raczej tak, że ten tradycyjny świat instytucji - społeczno politycznych odpływa od tego, gdzie jest podstawowa aktywność życiowa ludzi, a prof. Koseła odpływa wraz z nim.  I przestaje być relewantny.

Zadziwiające jest to jak bardzo w tym 'nowym' świecie rolę tych 'starych instytucji' przejmuje - z (chwilowego?) braku lepszych modeli - serwis komercyjny jak Facebook. Racje ma Alek Tarkowski, który mówi, że facebook dziś spełnia funkcje 'nowej' agory. Poszłabym nawet  dalej  -  dzisiaj to facebook jest, paradoksalnie najbliżej realizacji utopi pełnej reprezentacji. Hmmm ...

Najciekawsze pytanie więc brzmi więc tak, jak ogarnąć ten nowy świat nowych instytucji, nowych ruchów społecznych  i nowej reprezentacji ... w taki sposób, że o tak, nic o nas nie stanie się bez nas ... ale jednocześnie ten nowy świat nie wrzuci nas wszystkich w otchłanie chaosu.